Polityka obronna: Czas na wspólną armię europejską

15 września 2017
VoxEurop

Francuscy żołnierze na lotnisku w Bangi, 30. kwietnia 2014.
Francuscy żołnierze na lotnisku w Bangi, 30. kwietnia 2014.

Wobec powrotu dyskusji o bezpieczeństwie w Europie animowanej zwłaszcza przez Francję i Niemcy, propozycja stworzenia wspólnej armii pod egidą Wyższej Rady Bezpieczeństwa zdaje się nad wyraz uzasadniona, podkreśla dziennikarz i były poseł europejski Olivier Dupuis.

Po raz kolejny wraca pomysł utworzenia armii europejskiej. Ale o czym właściwie mowa? Pod nazwą tą kryje się kilka możliwości. Czy mówimy więc o jednolitej czy wspólnotowej armii? O armii międzyrządowej czy o armii pod egidą instytucji europejskich? O armii złożonej z narodowych kontyngentów czy o takiej, którą tworzyliby specjalnie rekrutowani żołnierze europejscy? W zależności od odpowiedzi udzielonych na te trzy pytania, scenariusze mogą się bardzo różnić. W skład armii mogłyby wchodzić wszystkie 27 państw członkowskich (mało prawdopodobne) albo tylko niektóre spośród nich, powołując stałą zorganizowaną współpracę operacyjną, zgodnie z artykułami 42 i 46 Traktatu Lizbońskiego.

Jednolita międzyrządowa armia europejska

Chodziłoby tu o sojusz mniej lub bardziej ścisły między armiami państw członkowskich Unii. Rodzaj niewprowadzonej nigdy w życie Europejskiej Wspólnoty Obronnej, w której władza oraz decyzyjność pozostawałyby w rękach samych państw. Zakładając taki scenariusz, wojska poszczególnych państw byłyby nadzorowane przez europejskie władze międzyrządowe, jednakże wciąż podlegałyby one zwierzchnictwu własnych rządów, w pierwszej (władza decyzyjna, organizacja, budżet) i ostatecznej instancji (prawo weta na poziomie międzyrządowym). Dynamika integracji byłaby bardzo słaba lub wręcz żadna. Zresztą wiemy przecież, że państwa „mniejsze” z pewnością obawiałyby się zrezygnować z obecnego systemu obronnego NATO (zapewniającego im bezpieczeństwo i wsparcie ze strony Stanów Zjednoczonych, art. 5 itd.) na rzecz nowego, wątpliwego pomysłu angażującego wyłącznie państwa europejskie i opartego na zapomnianych już sojuszach z zamierzchłej przeszłości.

Jednolita i unijna armia europejska

W tym przypadku, armie narodowe tworzyłyby jedną wspólną armię zarządzaną już nie przez władze swoich państw, ale przez organy Unii Europejskiej: Komisję, Radę oraz Parlament Europejski. Decyzję o mobilizacji podejmowałaby specjalnie powołana Wyższa Rada, w której zasiadaliby przywódcy państw i rządów. Tak powołana armia byłaby więc zdecydowanie bardziej „europejska”.

Opcja ta rodzi jednak kilka problemów. Armia taka zakłada bowiem melanż różnych tradycji, sposobów działania, taktyk, a równocześnie nie zawiera w sobie – w przeciwieństwie do NATO, angażującego Stany Zjednoczone – elementu, który by to wszystko spajał. Takie wojsko niewątpliwie rodziłoby także liczne napięcia spowodowane z jednej strony ideą wspólnego działania, a z drugiej faktem, że byliby to wciąż żołnierze na co dzień służący w armiach swoich państw. Ponadto nasuwałoby się pytanie o możliwości wykorzystania francuskiej broni jądrowej przez wspólnotową armię oraz kwestia obrony terytoriów zamorskich, które nie należą do UE.

Podjęte ostatnio decyzje na temat powołania europejskiego „sztabu wojskowego” czy też funduszu na rzecz badań wojskowych wpisują się jak najbardziej w ten scenariusz. Lecz pomyślmy o realizacji. Nawet gdyby ostatecznie udało nam się stworzyć tak skonstruowane wojsko, zajęłoby to bardzo dużo czasu.

Wspólna międzyrządowa armia europejska

Model ten zakładałby stworzenie sił zbrojnych tworzonych przez wydzielone jednostki z armii narodowych. Jego struktura przypominałaby proponowane ostatnio sformowanie tzw. „battle groups” (grup bojowych). Pojawiają się jednak dwa ograniczające go elementy, a mianowicie zmiany rządów po wyborach w państwach członkowskich, które wpływałyby na ich funkcjonowanie oraz możliwość szantażu ze strony innych państw. Można by mnożyć przykłady interwencji zbrojnych (Bośnia, Rwanda, Irak, Afganistan), podczas których wzięcie zakładnika lub operacja samobójcza wymusiła na państwie wycofanie się z operacji międzynarodowej.

Ponadto, wydaje się, że taki model wojska jedynie zaostrzyłby rywalizację między państwami, które spierałyby się o to, które z nich ma dowodzić europejskimi siłami oraz, przede wszystkim, o to, jakie uzbrojenie dla nich wybrać. Jak wiadomo uzbrojenie produkowane jest przez firmy państwowe z różnych krajów unijnych.

Pomysły na podobne sojusze obronne pojawiały się już w historii: Eurocorps, brygada francusko-niemiecka, itd. Z jakim rezultatem? Wspólne wysłanie wojsk za każdym razem okazywało się niemożliwe, z powodu trwania przy swoich pomysłach każdego z państw.

Niemiecka polityka wcielania do Bundeswehry brygad holenderskich, rumuńskich, czeskich, a wkrótce być może fińskich i szwedzkich wpisuje się również w ten wariant, choć jest on bardziej imperialny niż europejski.

Wspólna unijna armia europejska

W przeciwieństwie do jednolitej unijnej armii europejskiej, ta funkcjonowałaby obok sił zbrojnych każdego z krajów. W moim przekonaniu jest to najlepsze rozwiązanie. Taka armia podlegałaby wyłącznie władzom europejskim: Komisji, Radzie, Parlamentowi oraz Wyższej Radzie Europejskiej do spraw bezpieczeństwa, w skład której wchodziliby premierzy i głowy państw członkowskich. Sama armia złożona by była z żołnierzy i oficerów europejskich. Chodziłoby więc o armię stworzoną, powołaną od zera.

Co ciekawe, ten wariant jest najmniej rozważany, traktowany jako mało poważny. Dlatego ja chciałbym poświęcić mu nieco więcej uwagi. Zacznę więc od tego, na co powołują się ci, którzy go odrzucają. Chodzi mianowicie o brak legitymacji europejskich instytucji politycznych, co ich zdaniem samo w sobie wystarczy, aby wykluczyć tę opcję. Jest to zaskakujące, ponieważ każda decyzja o mobilizacji wojska podejmowana przez przewodniczącego Komisji musiałaby być zatwierdzana przez większość kwalifikowaną Wyższej Rady Europejskiej do spraw bezpieczeństwa, w której skład wchodziliby szefowie państw i rządów. Oponenci tego rozwiązania dowodzą również, że stworzenie takiego wojska od zera byłoby niezwykle skomplikowane. Argument ten jest bezpodstawny, o czym świadczy stworzenie wojska chorwackiego w 1991 roku oraz niedawne powstanie od zera armii ukraińskiej.

Wreszcie, twierdzą przeciwnicy, nie można liczyć na patriotyzm europejski, czyli chęć obrony granic przez żołnierzy jako Europejczyków, a nie przedstawicieli konkretnego narodu. Choć argument ten zdaje się raczej absurdalnym, jeśliby zdać sobie sprawę z faktu, że te najbardziej aktywne w terenie i prestiżowe jednostki niektórych państw Unii w większości złożone są z obywateli państw trzecich.

Przypomnę tutaj, że to właśnie żołnierze spoza kontynentu stanowili trzon armii, która w 1944 roku wyzwoliła Europę Zachodnią, nie mówiąc już o zapomnianych dziesiątkach tysięcy ludzi pochodzących z Afryki, w tym Maghrebu, których krew się przelała na Starym Kontynencie w czasie I i II Wojny Światowej. Co do stawiania patriotyzmu narodowego ponad europejskim, historia integracji europejskiej pokazała przecież, że zarówno urzędnicy Komisji, jaki i sędziowie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu mogą i potrafią być bezstronni.

Wreszcie docieramy do koronnego argumentu, który opiera się na braku środków finansowych w obecnej Europie pogrążonej w kryzysie. Musimy zastanowić się, czy poszczególne państwa członkowskie oraz Unia jako całość są dzisiaj w stanie zapobiec zagrożeniom zewnętrznym, chyba że wyjdziemy z założenia, iż należy brać pod uwagę tylko czynniki, które zagrażałyby naszej wewnętrznej spójności ekonomicznej i społecznej, a te nie mają nic wspólnego z czynnikami zewnętrznymi. To założenie byłoby błędne, ponieważ bez względu na to, że wszystkie te zagrożenia nie mają charakteru zbrojnego, niewątpliwie istnieją. Zwłaszcza ze strony Rosji, która podważa granice państw europejskich (Gruzja, Mołdawia, Ukraina). Ponadto, liczne państwa sąsiadujące z Europą (Irak, Syria, Libia, Mali,…) są słabe lub wręcz upadłe. Nie zapominajmy też o towarzyszącym tym wszystkim działaniom atakach terrorystycznych oraz o procesie powolnego odcinania się od reszty świata Stanów Zjednoczonych. Stawia to wszystko kwestię bezpieczeństwa Unii w zupełnie innym świetle.

Pytanie „co teraz począć?” zadały sobie już państwa członkowskie NATO podczas Szczytu w Cardiff w 2014 roku, wyznaczając sobie za cel podwyższenie wydatków na obronność do poziomu 2% PKB w przeciągu dziesięciu lat.

Obrona Europy i remilitaryzacja Niemiec

Jako kraj należący do NATO, Niemcy również zobowiązały się do przeznaczenia 2% PKB na obronność. Nie jest to zobowiązanie wiążące, ale ma ono ogromne znaczenie polityczne. Oznacza to bowiem, że w roku 2024 budżet, jaki Berlin przeznaczy na wojsko może wzrosnąć nawet do 62 miliardów euro. Francja, która według SIPRI (Stockholm International Peace Research Institute) na obronność przeznacza około 2,2% swojego PKB, powinna wydawać w tej samej perspektywie czasowej na te cele 50 miliardów, z których 3,5 miliarda dedykowane będą na arsenał atomowy, a 2,5 miliarda na jego modernizację i około 44 miliardy na siły zbrojne w rozumieniu konwencjonalnym. Wydatki Włoch i Hiszpanii również powinny wzrosnąć, odpowiednio do 34 i 22 miliardów.

Do przedstawionych danych liczbowych, które dużo silniej niż słowa uświadamiają nam przyszłe tendencje, należy dodać inne elementy. Polityka wcielania zagranicznych wojsk do Bundeswehry, którą można nazwać imperialną, ale i gospodarczą, ma skutki długofalowe, jeżeli chodzi o wyposażenie tych „zintegrowanych” wojsk i nakręca znacząco niemiecki przemysł zbrojeniowy, już i tak uważany za dominujący w Europie.

„Jedyna armia europejska to armia francuska”

Nawet jeżeli Francja posiada najokazalszą i najbardziej niezależną spośród dwudziestu siedmiu państw członkowskich armię, nie czyni jej to armią przygotowaną na stawianie czoła w pojedynkę niebezpieczeństwom, z którymi mierzy się dzisiejsza Europa. Pokazały to ostatnie wydarzenia – nieprzygotowana interwencja francusko-brytyjska w Libii, w której wsparcie NATO było kluczowe, czy niepowodzenie francuskiej interwencji w Syrii, przerwanej w konsekwencji gwałtownej zmiany zdania prezydenta Stanów Zjednoczonych. Ale także fakty wydawałoby się dużo bardziej prozaiczne jak posiadanie tylko jednego lotniskowca, który jest w ciągłym remoncie, czy zawodzący satelitarny system wywiadowczy. Wymieniam te wszystkie czynniki po to, by przypomnieć, że posiadanie najpotężniejszej armii nie oznacza, że się jest na wysokości zadania.

Wreszcie, Francja będzie musiała się zmierzyć z wyzwaniami strategicznymi w perspektywie krótkoterminowej, ponieważ jej budżet nie wystarczy na sfinansowanie wszystkich potrzeb, jakimi są: modernizacja arsenału jądrowego, budowa drugiego lotniskowca, liczne inwestycje związane z wojną cybernetyczną, projekt i konstrukcja następcy Rafale to tylko niektóre z wydatków, które wydają się niezbędne.

Bezcenna armia

Na podstawie Białej Księgi generała Perruche, można by sobie wyobrazić system bezpieczeństwa i obrony wykorzystujący kompetencje dwudziestu siedmiu państw członkowskich, biorąc pod uwagę wyżej wymienione zagrożenia. Trzonem wspólnej armii byłyby: trzy oddziały szybkiego reagowania, ulokowane w krajach nadbałtyckich, na Słowacji i w Rumunii (ok. 45 000 żołnierzy); trzy jednostki lotnictwa marynarki wojennej w krajach nadbałtyckich, w Grecji i w Portugalii; oddział wywiadu wojskowego, w którym technologie satelitarne odgrywałyby kluczową rolę; oddział do spraw wojny cybernetycznej. Budżet przeznaczony na wyżej wymienione działania kształtowałby się na poziomie ok. 30 miliardów euro (0,3% PKB), co odpowiadałoby dochodom z podatku od transakcji finansowych.

Niewątpliwe korzyści

Niewątpliwie powstanie wspólnej dla całej Unii armii przyczyniłoby się do wzmocnienia spójności między państwami członkowskimi, a tego potrzebujemy. Proces instytucjonalny, w który by się wpisywała, posłużyłby jako nowa przestrzeń do tworzenia zaufania między państwami członkowskimi w obszarze, w którym podejrzliwość, nieufność i rywalizacja są obecnie wszechobecne.

Nie podważając przynależności do NATO, wzmocniłaby ona bezpieczeństwo państw członkowskich i chroniła przed ewentualnymi zagrożeniami ze strony wschodniego mocarstwa. Dotyczy to w szczególności państw, które z nim graniczą. Armia europejska, powtarzając za Jean-Claudem Junckerem, „przyczyniłaby się do wdrożenia wspólnej polityki zagranicznej oraz bezpieczeństwa” i w konsekwencji umożliwiłaby nam zabranie głosu w „gorących” sprawach, dotyczących np. Syrii, Iraku czy Zatoki Perskiej, w których na chwilę obecną odgrywamy drugoplanową rolę.

Armia ta przyczyniłaby się również do powstania europejskiego rynku broni, który zapewniałby Europie pełną samowystarczalność, a także bardziej zintegrowany przemysł zbrojeniowy, a to z kolei prowadziłoby do niebagatelnych oszczędności, co już w 2015 roku podkreślał Parlament Europejski. Cały ten wspomniany proces nareszcie pozwoliłby Europie, tak jak życzył sobie tego generał de Gaulle, obrać strategię ewentualnego uwzględniania sprzedaży broni w polityce zagranicznej, a nie, tak jak wygląda to dzisiaj, uzależnianie jej od możliwości wyeksportowania uzbrojenia.

Armia europejska sprawowałaby również pieczę nad umiejętnościami żołnierzy i wiedzą technologiczną, zwłaszcza jeśli chodzi o pola niezwykle kosztowne, jak inżynieria satelitarna, powietrzna, informatyka czy aeronautyka. Rozwiązałaby także w pewnej mierze wrażliwy problem budżetu europejskiego, który zostałby powiększony o 30%.

Armia ta byłaby początkiem zmiany. Zmiany polegającej na porzuceniu bezsilności kiełkującej w obywatelach Europy od dziesiątek lat. Bezsilności wynikającej z bezradności i niemożności rozwiązania konfliktów politycznych, kryzysów, wojen, a nawet ludobójstw, które rozpętały się na obrzeżach Starego Kontynentu, w Jugosławii, Rwandzie, Czeczenii, a dzisiaj również na Ukrainie, w Syrii czy w Iraku.

Wreszcie, jedna wspólna unijna armia europejska stanowiłaby namacalny dowód istnienia wspólnoty europejskiej, w przeciwieństwie do licznych inicjatyw zrozumiałych tylko dla ekspertów. Tak jak reprezentuje to euro jako waluta, z którą mimo licznych wad Europejczycy nie chcieliby się rozstać za żadne skarby.

Translated by Gabriela Brejdygant

Factual or translation error? Tell us.