Feed

Blog VoxEurop

  • Wojny kulturowe w Polsce: Rozdarci pomiędzy narodem i Europą

    VoxEurop
    04 lipca 2017

    Muzeum II wojny światowej w Gdańsku stało się polem walki między nacjonalistami i liberałami w sprawie polskiej tożsamości narodowej. Debata dotyczy powiązań między polską i europejską historią.

    Atak nazistowskich Niemiec na Gdańsk rozpoczął II wojnę światową. Nie przez przypadek więc to w tym mieście zainaugurowano muzeum poświęcone najbardziej krwawemu konfliktowi w historii ludzkości.

    Nawet 70 lat od jej zakończenia wojna pozostaje tematem bardzo nielubianym przez Europejczyków. Podejścia do niej mogą być różne. Kuratorzy gdańskiego muzeum musieli wybrać jedno z nich, przyjmując dwa kluczowe założenia. Po pierwsze, wystawa skupiać się ma na życiu zwykłych ludzi doświadczonych wojną, a nie tylko na żołnierzach. Wielu prywatnych darczyńców przyczyniło się do wzbogacenia kolekcji, ofiarując tysiące przedmiotów należących do ich bliskich. Po drugie, muzeum ma podkreślać powiązania i podobieństwa między doświadczeniami Polaków i innych Europejczyków. Według znanego historyka Timothy’ego Snydera „to muzeum jest ewenementem na skalę europejską tudzież światową: jako jedyne przedstawia wojnę jako wydarzenie międzynarodowe”. Ten wybór jest teraz politycznie podważany w Polsce.

    Debata wokół gdańskiego muzeum zaogniła się wraz z powrotem do władzy PiS-u w 2015 r. (wywodzący się z Gdańska Donald Tusk był gorącym orędownikiem jego powstania). Liderzy PiS-u nie odwiedzili muzeum, ale dali do zrozumienia, że im się nie podoba. Przeprowadzili długą batalię, aby odwołać dyrektora. Zakończyła się ona na początku kwietnia, kiedy Naczelny Sąd Administracyjny zatwierdził nominację nowego dyrektora placówki – Karola Nawrockiego. Jego wizja II wojny światowej ma być bardziej kompatybilna z dyskursem partii rządzącej. Nawrocki zapowiedział już kilka zmian w stałej wystawie, która będzie niemalże wyłącznie poświęcona doświadczeniom Polaków. Ich cierpienia zostaną uwypuklone, podczas gdy autorytarne tendencje polskich władz w dwudziestoleciu międzywojennym oraz akty przemocy lub tchórzostwa Polaków np. wobec Żydów zostaną zbanalizowane.

    Nikt nie kwestionuje cierpień Polaków doznanych podczas wojny, nie jest to powód do zazdrości. Jednakże nacjonalistyczna interpretacja przeszłości ma kluczowe znaczenie w dyskursie PiS-u, który opiera się w dużej mierze na martyrologii i przedstawianiu Polski jako Chrystusa Narodów. Inne interpretacje dążą do wyjaśnienia historii Polski w szerszym kontekście dziejów Europy i nie chcą zamiatać pod dywan mniej chlubnych kart historii. Próba PiS-u przejęcia kontroli nad gdańskim muzeum wpisuje się w szerszą strategię ograniczania przestrzeni niezależnej i liberalnej narracji w kraju, czego wyrazem są chociażby ingerencje w media.

    Tłumaczenie: Frédéric Schneider

  • Brexit: Cztery żądania Brytyjczyków

    VoxEurop
    11 października 2015

    Gabinet Davida Camerona przedstawił cztery kluczowe żadania, które musi spełnić UE, aby Wielka Brytania pozostała członkiem Wspólnoty.

    Korespondencja Tima Rossa w Daily Telegraph:

    1. Wielka Brytania musi być formalnie zwolniona z zasady „jeszcze ściślejszej unii”.
    2. Należy oficjalnie ogłosić, że UE tworzy unię „wielu walut”, a euro nie jest jej walutą oficjalną.
    3. W celu repatriacji suwerenności zgromadzenia parlamentów narodowych muszą mieć prerogatywy do wstrzymywania proponowanych dyrektyw oraz znoszenia istniejących praw unijnych.
    4. Należy dokonać reorganizacji UE, aby zapobiec dominacji krajów strefy euro nad innymi. Szczególnej ochrony należy udzielić londyńskiemu City.

    W przygotowaniu do zaplanowanego na 2017 r. referendum, które ma zadecydować o ewentualnym wyjściu Wlk. Brytanii ze Wspólnoty brytyjskim dyplomatom zlecono misję zabiegania w Europie o wsparcie dla nowego porozumienia, które miałoby opierać się na tych czterech żądaniach.

    W poniedziałek ma rozpocząć się nowa kampania, która ma przekonać głosujących, aby wybrali pozostanie w UE. Gabinet uważa, że warunkiem jej powodzenia będzie spełnienie przedstawionych czterech żądań.

    Foto: Moritz Hager/Wikimedia Commons

  • Polecane przez naszych czytelników: Katolicka Irlandia mówi „tak” małżeństwom osób jednej płci

    VoxEurop
    25 maja 2015

    Irlandia zagłosowała 25 maja w historycznym referendum za legalizacją małżeństw homoseksualnych. „Za” oddano 62.1 procent głosów. Irlandczycy przybywali nawet z zagranicy, by wziąć udział głosowaniu. W związku z wczorajszą decyzją irlandzka konstytucja zostanie zmieniona, tak by zapewnić równość wszystkim obywatelom.

    W komentarzu na łamach dziennika The Irish Times Fintan O'Toole pisze, że –

    Wygląda to na zwycięstwo tolerancji, ale tak naprawdę to zaledwie koniec tolerowania. Nie ma już „ich”. LGTB to także my – nasi synowie i córki, ojcowie i matki, siostry i bracia, sąsiedzi.

    Autor podkreśla także, że głosowanie dotyczyło –

    normalności. Irlandia zdefiniowała na nowo, czym jest bycie zwykłym człowiekiem. Pokazaliśmy światu, że pojawiła się nowa norma – „zwyczajności”. To pojemne słowo określa i czerpie radość z różnorodności natury ludzkiej.

  • Sugestia czytelnika: Niemcy podkopują stabilność strefy euro

    VoxEurop
    19 maja 2015

    Konserwatywny brytyjski dziennik The Daily Telegraph pisze, że choć nadwyżki na rachunku bieżącym Niemiec dawno wymknęły się spod kontroli, Komisja Europejska przez pięć ostatnich lat nie nałożyła na Berlin kar za podkopywanie stabilności strefy euro oraz łamanie unijnej procedury nadmiernych nierównowag makroekonomicznych. Gazeta podkreśla, że „cynicy mogliby dojść do słusznego wniosku, iż wielkie kraje grają według własnych zasad, a Niemcy mogą łamać je wszystkie”.

    Artykuł przypomina też, że MFW ostrzegał w ubiegłym roku Niemcy, iż ich nadwyżka budżetowa jest niszcząca dla europejskiej unii monetarnej, nie leży w interesie samych Niemiec, a ponadto utrudnia krajom strefy euro przezwyciężenie problemów, w których się znalazły. Telegraph argumentuje także, że nadwyżka

    jest chronicznym i strukturalnym nadużyciem uniemożliwiającym w dalszej perspektywie funkcjonowanie unii monetarnej i z pewnością stanowi większe zagrożenie dla jedności strefy euro niż to, co się dzieje w Grecji.

  • Kryzys w Grecji: Co poszło nie tak?

    VoxEurop
    20 kwietnia 2015

    Grecja uratowała głowę na pięć lat – kosztowało to wiele wysiłku i pieniędzy i zapewniło niewielki sukces. Co poszło nie tak pomiędzy Atenami, Brukselą i Berlinem? Niemiecki dziennik Die Welt prezentuje rekonstrukcję zdarzeń w siedmiu odsłonach.

    Kraje uprzemysłowione, a jeszcze bardziej założony w 1945 r. Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW), legitymują się kilkudziesięcioletnim doświadczeniem w ratowaniu nadmiernie zadłużonych państw, kładąc podwaliny pod ich zrównoważony rozwój. W przeszłości popełniono wiele błędów, ale wyciągnięto też wnioski z tych lekcji – a było ich tak wiele, że przed kryzysem euro sądziliśmy, że w zasadzie wiemy, co należy robić, kiedy kraj jest bliski bankructwa.

    Wtedy, w 2010 r. na wokandę weszła sprawa Grecji. Wkrótce potem kryzys grecki przerodził się w kryzys strefy euro, a pomocy potrzebowała też Irlandia, Portugalia i Hiszpania. Ale podczas gdy pozostałe dotknięte kryzysem kraje idą we właściwym kierunku, w przypadku Grecji partnerzy ze strefy euro oraz międzynarodowe organizacje doszli do kresu swoich możliwości.

    Zdaniem Greków i niektórych czołowych ekonomistów amerykańskich, Grecję zarzynają nadmierne działania oszczędnościowe. Natomiast zdaniem wielu w Niemczech – czy to szeregowych zwolenników Alternative für Deutschland czy też profesorów ekonomii – Grecja po prostu nie chce się reformować i szansą dla niej mogłaby stać się dewaluacji oraz „Grexit”.

    Prawda leży gdzieś po środku. Bliższe spojrzenie pokazuje, że wiele decyzji, które podjęto oferując Grecji pakiet ratunkowy, miało wówczas sens i wynikało z dobrych intencji, ale przyniosło też negatywne skutki uboczne częstokroć trudne do przewidzenia.

    1. Nadmierna koncentracja na liczbach

    Rządowi greckiemu pozwolono zaniechać większość reform strukturalnych i skupić się przede wszystkim na celach fiskalnych, głównie dlatego że rządy krajów oferujących pomoc potrzebowały namacalnych sukcesów, którymi mogły uzasadnić akcję pomocową swoim wyborcom. Ratowaniu budżetu Grecji nadano najwyższy priorytet. W samym zaciskaniu pasa nie ma nic złego, ale nie doceniano jego wpływu na rozwój, szczególnie przy braku tak potrzebnych reform strukturalnych, których trudność polega na konflikcie z partykularnymi interesami.

    2. Prowokacyjne mikrozarządzanie

    Pomoc rozwojowa i dziesiątki programów MFW jasno pokazują, że nie ma sensu narzucać krajowi beneficjentowi z góry zdefiniowanego planu reform. Rząd musi przedstawić elektoratowi własny program reform oraz konsolidacji długu i stać się ich „właścicielem”. Ta zasada została jawnie zlekceważona w Grecji. Pomoc uwarunkowano spełnieniem niezwykle drobiazgowego planu. Niemniej takie działanie stanowiło samoobronę przed punktem widzenia Trójki, ponieważ greccy partnerzy złożyli niewiele propozycji i wykorzystywali dwuznaczności planu reform dla ochrony grup interesów.

    3. Niewłaściwe cięcia wydatków

    Rządy, które decydują o sposobie restrukturyzacji swoich finansów, z reguły wybierają najprostszą drogę. W Grecji istniała szansa na zamknięcie licznych luk w przepisach podatkowych faworyzujących bogatych, co zwiększyłoby przejrzystość ściągania podatków i zapewniłoby poparcie dla całego procesu adaptacji. Ale rząd nie wprowadził niezbędnych zmian, prawdopodobnie ze strachu przed ustosunkowaną elitą. Poza tym wprowadzono daleko idące cięcia w sektorze publicznym, zmniejszając pensje zamiast zatrudnienia, ponieważ wykorzystuje się go jako siatkę bezpieczeństwa chroniącą przed zwolnieniami w sektorze prywatnym. Inne niepopularne i niepotrzebne reformy, takie jak zamknięcie telewizji państwowej, wyglądały jak próba zdyskredytowania troiki przed obywatelami.

    4. Nieśpieszne tempo zamiast „wielkiego wybuchu”

    Częstym zarzutem jest to, że od Grecji wymaga się zbyt wiele w zbyt krótkim czasie, ale jest akurat na odwrót. Ludzie chętniej przyjmą dwa lata wyrzeczeń niż ciągnącą się na pozór bez końca agonię. Grecji początkowo oszczędzono najgorszego, ale w konsekwencji niewiele zrobiono, aby ożywić gospodarkę i przyciągnąć inwestorów. Narastały problemy.

    5. Ignorowanie problemów

    W Grecji nie doszło do „wielkiego wybuchu”, ponieważ we wczesnych latach euro Komisja Europejska przykładała zbyt dużo uwagi kryteriom zadłużenia z Maastricht. Zlekceważono strukturalne problemy krajów strefy euro. Ale gdy tylko wybuchł kryzys, Bruksela od razu zdała sobie sprawę z tego, jak niewiele wiedziała o Grecji – na przykład o nieefektywności zarządzania przez nią środkami publicznymi. Co więcej, Grecja była pierwszą ofiarą kryzysu i traktowano ją jako odosobniony przypadek. Kiedy dotknięte nim zostały inne kraje, następujące spowolnienie gospodarcze pogorszyło dalej sytuację.

    6. Odwlekana kuracja

    Politykom zależało na tym, aby Grecja pozostała odosobnionym problemem. Ignorowano ekspertów, którzy wskazywali na to, że Grecji nie tylko brakuje płynności, lecz również jest ona niewypłacalna – podobnie jak ignorowano opinie, że jedynie znaczące ograniczenie zadłużenia może zapobiec drakońskim krokom oszczędnościowym. Pojawiła się obawa, że wierzyciele innych słabych krajów mogliby spanikować, gdyby Grecji ofiarowano redukcję zadłużenia.

    7. Brak zdolności przewidywania

    To, że UE przez długi czas traktowała cięcia jako zbyt niebezpieczne, było również efektem braku ochrony dla pozostałej części strefy euro. Zasady dotyczące budżetu i zadłużenia w traktacie z Maastricht nie zawierały przepisów na wypadek poważnego kryzysu gospodarczego oraz zadłużeniowego. To świadectwo pewnej pychy. Uważano, że kryzysy występujące na rynkach wschodzących nie mają prawa przydarzyć się w Europie. Musiał upłynąć cenny czas, zanim stworzono instrumenty takie jak Europejski Instrument Stabilności Finansowej, Europejski Mechanizm Stabilności oraz unia bankowa.

    Grecja ponownie znalazła się na szczycie listy europejskich priorytetów. Niestety troika została już zdyskredytowana a Grecy są wyczerpani i niechętni reformom bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Czy utrzymanie tego kraju w systemie euro jest nadal możliwe?

    Tłum. Tomasz Jurewicz

  • Rozmowa z Lorettą Napoleoni: „Europa nie ma środków, by zwalczać dżihadystów na własnym terytorium”

    VoxEurop
    29 marca 2015

    Loretta Napoleoni, ekonomistka i specjalistka od kwestii finansowania terroryzmu, uważa, że wprawdzie Państwo Islamskie (PI) nie zagraża bezpośrednio Europie, ale Europejczycy nie są finansowo ani prawnie przygotowani do zwalczania młodych radykałów i dżihadystów powracających z Bliskiego Wschodu.

    W jaki sposób PI zagraża Europie?

    Podstawowym zagrożeniem są europejscy dżihadyści, którzy wracają z Bliskiego Wschodu, by przeprowadzić ataki w Europie. To stosunkowe nowe zjawisko. Przez długi czas obcokrajowcy walczący w szeregach PI rekrutowali się z krajów Półwyspu Arabskiego. Jednak od chwili ustanowienia kalifatu w czerwcu 2014 r., PI zdołało namówić do wstąpienia w swoje szeregi – głównie dzięki skutecznej kampanii rekrutacyjnej w postaci filmów zamieszczanych w sieci – pewną liczbę bojowników z Europy, m.in. trzy młode Brytyjki, które zachwalają przed kamerą korzyści płynące z dżihadu, wspierają bojowników i cieszą się z ich sukcesów w Iraku i Syrii. Zachodnie media przyczyniły się – świadomie bądź nie – do zwielokrotnienia efektu islamistycznej propagandy. W przekazach medialnych PI przedstawia się jako stabilną władzę, co czyni je jeszcze bardziej fascynującym w oczach europejskich ochotników do wzięcia udziału w dżihadzie.

    Wiemy, ilu bojowników wróciło do Europy z Syrii i Iraku?

    Dokładna liczba nie jest znana, wiadomo jednak, że najwięcej powracających z Syrii islamistów przebywa na północy kontynentu, zwłaszcza w Belgii, gdzie – jak się szacuje – wróciło już lub zamierza wkrótce powrócić około 120 z nich (część utknęła z różnych powodów na Bliskim Wschodzie). Na razie dżihadyści ci nie stanowią wielkiego, a już z całą pewnością, głównego zagrożenia. Największym zmartwieniem PI jest obecnie zdobycie Bagdadu i dopóki nie opanują irackiej stolicy, dopóty dżihadyści powracający do Europy nie będą postrzegani jako kwestia wymagająca uwagi. Kiedy jednak PI uzna, że zrealizowało swoje ambicje terytorialne, a Europejczyków walczących w ich szeragach znudzi życie w „kalifacie”, może pojawić się plan „wyeksportowania” dżihadu do Europy. Podobnie jak w ultrakonserwatywnej Arabii Saudyjskiej, również w samozwańczym kalifacie codzienna egzystencja jest dość męcząca dla kogoś, kto dorastał na Zachodzie: życie towarzyskie praktycznie nie istnieje, mężczyźni są oddzieleni od kobiet, a większość rozrywek jest zabroniona. Dlatego nie należy wierzyć zapewnieniom, że źródłem motywacji tych młodych ochotników jest chęć życia zgodnie z zaleceniami „prawdziwego” islamu. Europejscy dżihadyści nie są ascetykami, którzy wstrzymują się od picia i palenia. Przyciąga ich idea walki z opresyjnym reżimem, takim jak ten w Syrii czy Libii, oraz wprowadzenia w życie islamskiej utopii postulowanej przez Bractwo Muzułmańskie, a później przez Al-Kaidę i jej podobne organizacje. Kiedy jednak utopia ta stanie się faktem, wielce prawdopodobne jest, że ci młodzi ludzi będą chcieli wrócić do Europy.

    I co tam będą robić?

    Z pewnością nie będą spokojnie żyć. Zepchnięci na margines w krajach pochodzenia, wciąż kierują się żądzą zemsty, jak to świetnie pokazuje przykład „Johna Dżihadysty”, radykalnego byłego brytyjskiego studenta odpowiedzialnego za dekapitację kilku zakładników PI. Po powrocie ludzie ci będą prawdopodobnie kontynuować walkę w ojczyźnie. Są jednak też tacy, którzy pojechali na Bliski Wschód tylko po to, by przekonać się, że popełnili błąd i po powrocie do Europy będą wieść normalne życie.

    Jak kraje europejskie radzą sobie z tą kwestią?

    Bardzo słabo; nie ma pieniędzy, by rozwiązać ten problem. Kwestia zwalczania terroryzmu w Europie sprowadza się w dużej mierze do ekonomii: możliwości ludzkie wciąż znacznie przewyższają dostępne technologie pozwalające na monitorowanie europejskich dżihadystów. Siły bezpieczeństwa próbują ich powstrzymywać zanim powrócą do Europy, ale oznacza to problemy prawne i polityczne. Nie ma bowiem praktycznie możliwości niewpuszczenia do kraju obywateli, którzy mają ważny paszport i chcą doń wrócić. Podobnie jak niezwykle trudno udowodnić im, że walczyli w Syrii, Libii czy Iraku. Mało tego, kraje europejskie wspierają teraz grupy zbrojne zwalczające PI w Syrii. Pytanie, jak odróżnić jednych od drugich? Problem ten wymaga politycznego rozwiązania: odebranie obywatelstwa możliwe jest jednak tylko pod pewnymi warunkami, przede wszystkim, gdy podejrzany ma inne obywatelstwo. Wprowadzenie takiego mechanizmu w życie oznaczałoby jednak, że europejscy dżihadyści utknęliby najprawdopodobniej w Syrii.

    Dlatego potrzebne jest międzynarodowe porozumienie w sprawie procedury umożliwiającej bezpieczny powrót tzw. „skruszonym” dżihadystom. Podczas ostatniej mojej wizyty w Belgii, dowiedziałam się, że większość Belgów powracających z Syrii – na ogół młodych mężczyzn – zdaje sobie sprawę, że popełniło błąd i tego żałuje. Ale też boi się wrócić do domu. Dlatego, aby zachęcić ich do powrotu, konieczna jest formuła pozwalająca na ich ponowną integrację ze społeczeństwem.

    A co z tymi, którzy chcą wrócić do Europy, by organizować ataki terrorystyczne?

    Ci, którzy są przekonani o słuszności swojej decyzji o podjęciu walki w Iraku, Libii czy Syrii – nie planują wracać. A nawet jeśli, to są uważnie obserwowani. Największe niebezpieczeństwo stanowią zamachowcy, tacy jak np. sprawcy ataków w Kopenhadze czy w Ottawie, którzy nigdy nie byli na Bliskim Wschodzie. Nie zostawiają żadnych śladów aż do chwili przeprowadzenia zamachu. Często radykalizują się na uczelniach lub w małych meczetach, nie pojawiających się na radarach sił bezpieczeństwa. A także w więzieniach, tak jak to było w przypadku terrorystów z Kopenhagi. Prawdziwym zagrożeniem są młodzi ludzie urodzeni i wychowani w Europie, którzy stają się radykałami pod wpływem przekazów zamieszczanych w sieciach społecznościowych, filmików na portalu You Tube, czatów prowadzonych na Skypie czy wizyt na portalach islamistów. Każdy z nich, jak przekonaliśmy się w Paryżu i Kopenhadze, ma inne motywacje, powiązany jest z inną organizacją: Al-Kaidą, PI czy radykałami z Gazy. Łączy ich frustracja wynikająca z niskiego standardu życia, poczucie bycia gorszym od innych rodaków. A także podziw dla PI, którego zwycięstwa militarne w Syrii oraz Iraku, odpowiednio wyolbrzymiane przez sprawną propagandę, są potężnym magnesem. Do tego dochodzi, fascynująca młodych radykałów, mgiełka tajemnicy skrywająca liderów PI i finanse kalifatu, a także mity na temat jego rozległych wpływów i potęgi. PI potrafi doskonale wykorzystać te słabości obywateli Zachodu.

    Jak dużo wiemy o źródłach finansowania PI?

    Niewiele, bo PI to zamknięta gospodarka. Jak się szacuje jego roczny „PKB” może wynosić od 2 do 5 mld dolarów, ale są to wyliczenia oparte na dokumencie, który – jak sądzę – celowo podrzucili nam sami islamiści. Wydawać by się mogło, że to bardzo dużo. Ale warto przypomnieć, że w latach 90. CIA szacowała „PKB” Organizacji Wyzwolenia Palestyny (OWP), uważanej wówczas za terrorystyczną, na 8-12 mld dolarów. W porównaniu z OWP, PI jest jednak dużo lepiej zorganizowane i mniej skorumpowane.

    Czy powiązania finansowe dżihadystów są także problemem Europy, czy tylko Bliskiego Wschodu i świata arabskiego?

    PI otrzymuje fundusze z całego świata, przede wszystkim z krajów Zatoki Perskiej. Zagraniczni bojownicy dostają pieniądze od bliskich: rodziców, przyjaciół, sympatyków, ale są to nieduże sumy. Na ogół nie przekraczają 300 dolarów. Większość tych płatności realizowanych jest za pomocą transferów Western Union lub islamskiego systemu nazywanego hawalą. Pieniądze te trafiają bezpośrednio do dżihadystów, którzy następnie wydają je w PI. Środki te wracają następnie do bojowników w postaci skromnego żołdu wypłacanego przez władze kalifatu.

    Czy kraje europejskie współpracują z państwami finansującymi PI?

    Tak, ale muszą zmienić swoją politykę. Trzeba na nowo nakreślić mapę Bliskiego Wschodu. Obecna jest spadkiem po zimnej wojnie i opisuje świat, który już nie istnieje. Klęska „arabskiej wiosny” oraz zachodniej interwencji w Libii pokazują, że korekty na mapie dokonane zostaną na drodze rozlewu krwi. Najgroźniejsi dla Europy nie są wracający do niej dżihadyści, lecz zerwanie szlaków handlowych między południem Morza Śródziemnego a Azją, jeśli Jemen, kontrolujący dostęp do Morza Czerwonego, będzie rządzony przez siły obce Zachodowi. Jest jeszcze kwestia piractwa: jachty i promy pływające po Morzu Śródziemnym staną się łakomym kąskiem dla piratów operujących z Libii.

    W Libii PI znalazło się zaledwie kilkaset kilometrów od wybrzeży Europy...

    PI nie zapuściło jeszcze korzeni w Libii: wysłało tam jedynie małą grupę, by nawiązać kontakty z miejscowymi islamistami. Stosunki między obydwoma stronami sprowadzają się na razie do handlu bronią, bo zarówno Irak jak i Libia to największe arsenały uzbrojenia w regionie – oba znalazły się w ostatnich kilku latach pod kontrolą dżihadystów. Sytuacja w Libii, gdzie działa ponad 1700 zbrojnych grup, jest inna niż w Iraku czy Syrii. PI może zastosować w Libii podobną strategię do tej, która tak dobrze sprawdziła się w Iraku w latach 2011-2013. Polega ona na stopniowym podporządkowaniu sobie lub zniszczeniu różnych zbrojnych ugrupowań, aż w końcu na całym terytorium kraju pozostanie tylko jedna organizacja. Ale to zadanie na lata, dużo bardziej skomplikowane do przeprowadzenia w kraju plemiennym i tak bardzo podzielonym jak Libia. Bardziej prawdopodobne jest więc, że stanie się ona „państwem upadłym” jak Somalia, a nie namiastką państwa, jak to ma miejsce w Syrii, gdzie każda wojująca frakcja kontroluje część terytorium.

    Niedawno hiszpański dziennik El País [zasugerował] (4896026), że dżihadyści planowali wykorzystać sytuację w Libii i przedostać się do Europy łodziami, ukryci wśród nielegalnych imigrantów. Czy to realny scenariusz?

    Nie sądzę, bo podróż drogą morską jest bardzo niebezpieczna. Zresztą nawet gdyby udało im się dotrzeć do Europy, to znaleźliby się w zamkniętych obozach dla uchodźców. Ponadto, gdzie ukryliby broń? A poza tym, po co mieliby przyjeżdżać do Europy, skoro ta ma już własnych dżihadystów? Wysyłanie libijskiego bojownika, by podłożył bombę w Madrycie nie ma sensu. Dżihadyści są przede wszystkim zainteresowani przejęciem zasobów naturalnych kraju i ustanowieniem własnego prawa.

    Czyli propaganda PI jest ukierunkowana raczej na rekrutację zachodnich radykałów do walki na frontach w Syrii, Iraku i Libii niż na eksporcie dżihadystów na Zachód?

    Oczywiście. I jest to propaganda skuteczna jak pokazuje rosnąca liczba bojowników opuszczających Europę w ostatnich miesiącach. Propaganda PI służy też zastraszaniu. Ostatnie ataki nie były tak spektakularne jak ten z 11 września 2001 r., ale odcisnęły takie samo piętno na zbiorowej świadomości i naszych społeczeństwach. Efekt zamachu na redakcję Charlie Hebdo spotęgowały media, zachowując się bez żadnych skrupułów i goniąc za sensacją, co działo się ze szkodą dla obiektywnej prawdy. Wpływ tego zamachu na umysły niewykształconych i sfrustrowanych młodych ludzi musiał być jeszcze większy.

    Rozmawiał Gian Paolo Accardo

    Tłum. Maciej Zglinicki

  • Rekomendowane: Demokratyczne wybory gospodarcze są efektem unii politycznej

    VoxEurop
    23 marca 2015

    Luigi Zingales pisze w Il Sole 24 Ore, że radykalny lewicowy charakter Syrizy nie powinien odwracać uwagi od niesprawiedliwego traktowania Grecji. MFW potraktowałby Ateny lepiej niż Trójka.

    Problemem nie są Niemcy ani Grecja: problemem są polityczne fundamenty Unii Europejskiej. To unia monetarna a nie polityczna, w której decyzje gospodarcze nie mogą być podejmowane w demokratyczny sposób i w efekcie padają ofiarą żywotnych interesów silniejszych ekonomicznie krajów.

    Angielskie tłumaczenie artykułu jest dostępne na blogu Zingalesa.

  • Rekomendowane: Niemiecko-grecki fundusz dla rehabilitacji wspólnej historii

    VoxEurop
    16 marca 2015

    Czytelnik Veritas poleca komentarz Hagena Fleischera opublikowany w brytyjskim dzienniku The Guardian.

    Fleischer pisze o okrytym niesławą 'Besatzungsanleihe' – czyli miesięcznych „pożyczkach”, jakich Grecy musieli udzielać rządowi w Berlinie za przywilej pozostawiania pod niemiecką okupacją w latach 1942-44. Jak wynika z artykułu, pożyczki te (uznane oficjalnie przez ówczesne władze Niemiec) opiewały w sumie na 456 mln marek, tj. około 10 mld euro w dzisiejszej walucie, i to bez odsetek narosłych przez 70 lat.

    Fleischer sugeruje, że dług ten

    mógłby – i powinien – stanowić podstawę rozmów o powołaniu „funduszu przyszłości”, który byłby dedykowany rehabilitacji „wspólnej” historii i posłużyć do sfinansowania symbolicznego projektu infrastrukturalnego.

  • Wywiad z Jeanem Zieglerem: „Europejska demokracja jest zagrożona”

    VoxEurop
    02 stycznia 2015

    W swojej ostatniej książce, Retournez les fusils („Odwróćcie karabiny”, éditions du Seuil), szwajcarski socjolog i wiceprzewodniczący Komisji Praw Człowieka ONZ oskarża, w wieku 80 lat, „globalne oligarchie finansowe” i krytykuje europejskie elity za to, że nie zdają sobie sprawy z zagrożeń, które czyhają na Państwo prawa i na spójność narodową.

    W Pana książką jest pełno odniesień do Marksa oraz do marksistowskich filozofów i socjologów. Czy ćwierć wieku po upadku Muru, wraz z którym przestały istnieć państwa powołujące się na doktrynę marksistowską, jego analiza nadal jest aktualna ?

    Tak, mimo że pomylił się w jednej sprawie: do ostatnich dni swojego życia był przekonany, że obiektywne braki, niedobory materialne będą trwały dłuższy czas – podczas gdy jesteśmy obecnie w stanie wyżywić 12 mld osób. Pomijając ten błąd, Marksowi zawdzięczamy krytyczna i analityczną świadomość kapitalistycznego sposobu produkcji. Dał nam instrumenty nadal aktualnej analizy kapitalizmu finansowego, które pozwalają lepiej zrozumieć jego mechanizmy.

    Moja książka jest narzędziem walki zmierzającej do stworzenia nowego społeczeństwa obywatelskiego. Wbrew pozorom ono istnieje i prężnie się rozwija. Weźmy przykład Światowego Forum Społecznego, którego ostatni szczyt odbył się w Tunisie w 2013 r. : przyjechało ponad 15 000 osób, aby dyskutować o alternatywach dla zglobalizowanego kapitalizmu. To ruch oporu złożony z grup, które walczą na różnych frontach: Via Campesina przeciwko wywłaszczaniom ziem, Attac przeciwko braku regulacji rynków finansowych, Greenpeace na rzecz ochrony środowiska, Amnesty International na rzecz praw człowieka. Drugi co do wielkości związek zawodowy w Niemczech, IG Metall, oraz austriackie związki zawodowe toczą bój przeciwko Transatlantyckiemu Partnerstwu w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP).

    Ale zwolennicy TTIP – m. in. Waszyngton i Komisja Europejska – przedstawiają właśnie ten traktat jako rewolucję, która pozwoli stworzyć setki tysięcy miejsc pracy na wspólnym transatlantyckim rynku.

    Gadanie! Jeżeli forsowany przez wielkie koncerny TTIP przejdzie, wszystkie europejskie normy dotyczące osłony socjalnej, ochrony środowiska czy kwestii sanitarnych mogą przestać obowiązywać. W jakich warunkach są tworzone miejsca pracy, o których mowa? Patrząc na obrót negocjacji, ciężko być optymistą.

    Rozpoczęty w 2005 r. „dialog handlowy” między 70 korporacjami a amerykańskim departamentem handlu zaowocował projektem TTIP, który od 2013 r. jest negocjowany bez jakiejkolwiek przejrzystości: żaden poseł lub europoseł nie wie, jakie prerogatywy właściwie mają negocjatorzy TTIP w imieniu UE. Koncerny po prostu chcą się pozbyć wszystkich ograniczeń normatywnych, które uniemożliwiają maksymalizację ich zysków. Chcą na przykład wydłużyć czas obowiązywania patentów.

    W takich obszarach, jak zdrowie, ochrona środowiska czy żywność, normy europejskie przestaną obowiązywać. Kluczowa klauzula tego porozumienia przewiduje, że to sąd arbitrażowy – w skład którego będą wchodzili sędziowie desygnowani przez obie strony – będzie decyzyjny w razie sporu i to bez możliwej apelacji przed krajowym sędzią! Jeżeli ta umowa zostanie podpisana, jeżeli Parlament Europejski ją zatwierdzi, jeżeli 28 parlamentów państw członkowskich ją ratyfikuje i jeżeli wejdzie ona w życie, to każda korporacja będzie mogła złożyć wniosek przeciwko suwerennym państwom, jeżeli podejmą one decyzję dla niej niekorzystną. Słowem, jeżeli TTIP będzie obowiązywać, przypieczętuje ono długotrwałą kontrolę koncernów nad polityką gospodarczą i finansową państw.

    W Pana książce jest mowa o tym, że narody mogą przestać istnieć. Czy to zagrożenie dotyczy również Europy, gdzie Państwa mają wielowiekową historię?

    Owszem, dżungla rozwija się również w Europie i zagraża państwom prawa i prawom społecznym. I to dlatego odpowiedź na agresję zglobalizowanego kapitalizmu finansowego jest szybsza, niż przewidywano. W Hiszpanii 18,2% dzieci poniżej dziesiątego roku życia jest stale niedożywionych. W Anglii czy Berlinie niektóre związki zawodowe nauczycieli organizują zbiórki pieniędzy, aby wyżywić głodujących uczniów.

    I kto powinien bić na alarm?

    Tradycyjnie zajmuje się tym lewica, ale europejskiej lewicy brakuje teraz pomysłów. Ruchy socjalistyczne i ich intelektualiści nie dają już klasie pracującej odpowiednich narzędzi do analizy, myślenia, postrzegania i rozumienia świata. Włączenie europejskich pracowników w imperialistyczną strategię położyło kres idei solidarności z wyzyskiwaną ludnością z trzeciego świata. Tak więc przemoc wobec zniewolonym i pracowników jest dzisiaj uważana za „normalną” i „nieuniknioną”, ponieważ jest ona nierozerwalnie związana z kapitalizmem.

    I mamy tego konsekwencje: w Szwajcarii ostatnie wybory to potwierdzają. W ostatnich latach Szwajcarzy bez żenady i przy przygniatającej większości głosowali przeciwko całej serii postępowych reform socjalnych, które były w ich interesie. Należały do nich: przedłużenie czasu trwania urlopów, ujednolicenie standardów służby zdrowia, zwiększenie zasiłków dla osób starszych, ograniczenie wynagrodzeń właścicieli firm, a nawet wprowadzenie płacy minimalnej.

    W Europie obserwujemy od całego pokolenia powrót skrajnie prawicowych doktryn, banalizację rasizmu i ksenofobii. Do tego stopnia, że dla większości osób są to „opinie”, które należy szanować, jak każdą inną. I wszędzie na kontynencie partie i ruchy ksenofobiczne otrzymują coraz więcej głosów: we Francji Front Narodowy może stać się największym ugrupowaniem; we Włoszech Liga Północna dominuje w trzech regionach; flamandzki N-Va ma największe poparcie w Antwerpii i w północnej Belgii; w Szwajcarii Demokratyczna Unia Centrum jest główną siłą polityczną w parlamencie i doprowadziła w lutym do przegłosowania projektu ustawy przeciwko swobodnemu przepływowi osób między Szwajcarią a UE. W Holandii, Słowacji, Bułgarii, Danii i Anglii skrajnie prawicowe ruchy cieszą się dużym poparciem, a na Węgrzech są wręcz u władzy.

    Czy można jakoś zaradzić tej sytuacji?

    Rozwiązaniem jest świadomość narodowa: naród należy do tych wszystkich, którzy podpisują się pod umową społeczną i przestrzegają prawa. Nie można z niego nikogo wykluczyć, niezależnie od pochodzenia danej osoby. Kumulacja poszczególnych przynależności kulturowych w społeczeństwie, jak i wielorakie przynależności każdego obywatela, stanowią o bogactwie europejskich nacji, jest to znak rozpoznawczy wielkich cywilizacji.

    Rozmawiał Gian Paolo Accardo, tłumaczenie Frédéric Schneider.

  • Do naszych czytelników: Jak wesprzeć VoxEurop

    VoxEurop
    21 lipca 2014

    Od chwili przejęcia pałeczki po Presseurop, VoxEurop działa w oparciu o zmotywowany, choć nieliczny zespół tłumaczy i redaktorów. Zachęcające sygnały płynące od naszych czytelników utwierdzają nas w przekonaniu, że warto kontynuować ten wysiłek.

    Choć nie brak nam zapału, musimy się mierzyć z kosztami operacyjnymi, których nie da się uniknąć. Chodzi przede wszystkim o opłatę za utrzymanie domeny (około 200 euro miesięcznie) oraz tłumaczenie komentarzy (wykonywane automatycznie za pomocą Google'a, który pobiera opłatę za każde tłumaczenie).

    Otrzymaliśmy od naszych czytelników zapytania, jak mogą wspierać finansowo projekt VoxEurop. W związku z tym na prawej kolumnie pojawił się specjalny przycisk („Wesprzyj VoxEurop”) umożliwiający przekazywanie datków na rzecz stowarzyszenia non-profit, które zarządza VoxEurop. Każda przekazana suma zostanie wydana na bieżące funkcjonowanie serwisu, a ewentualne nadwyżki zainwestowane w rozwijanie strony i nowe treści.

    Z góry dziękujemy za Waszą wiarę w nas i zaufanie!