Włochy: Neapol i jego mali niewolnicy

30 marca 2012 – Le Monde (Paryż)

W tym jednym z najbiedniejszych miast Europy tysiące dzieci porzuca szkołę, żeby pomóc rodzicom związać koniec z końcem. Podejmują dorywcze zajęcia na czarno albo są werbowane przez mafię do przestępczej brudnej roboty. Kryzys tylko pogłębił to zjawisko. Fragmenty.

Siódma rano, San Lorenzo, samo serce Neapolu. Jakiś chłopak w spranym dresie, z kapturem na głowie i w dziurawych adidasach przemyka poprzez labirynt zawilgoconych uliczek, dźwigając bez niczyjej pomocy ciężką skrzynkę puszek. Mały Gennaro rozpoczyna dzień pracy. Tutaj nikogo nie dziwi ta jego harówka o tak wczesnej porze. We wrześniu 2011 r. Gennaro został przyjęty do pracy w sklepie spożywczym. Przez sześć dni w tygodniu, po dziesięć godzin dziennie, wykłada towar na stoiskach, wyładowuje skrzynki i w obrębie dzielnicy dostarcza zakupy.

Gennaro marzył, że zostanie informatykiem, a jest szeregowym pracownikiem w sklepie. Takie jest właśnie najbardziej rozpowszechnione zajęcie wśród pracujących dzieci w Neapolu. To robota na czarno, za stawkę wynoszącą poniżej jednego euro za godzinę, tak więc zarabia w najlepszym razie pięćdziesiąt euro tygodniowo. Skończył właśnie czternaście lat.

Paola Rescigno, matka Gennara, nigdy by nie pomyślała, że nadejdzie kiedyś taki dzień, gdy będzie musiała zabrać syna ze szkoły. Od dwudziestu lat mieszkała ze swoim mężem w trzydziestopięciometrowym mieszkaniu w podwórzu domu w San Lorenzo, najbardziej obskurnej dzielnicy w centrum miasta.

Potem jego ojciec nagle zmarł, pokonany przez błyskawicznie postępującego raka. Paola Rescigno żyje obecnie z kombinowania. Założyła minifirmę zajmującą się sprzątaniem budynków i dzieli się pracą z innymi bezrobotnymi kobietami z okolicy. Zarabia 45 eurocentów za godzinę, czyli łącznie 35 euro tygodniowo, mniej niż wynosi wynagrodzenie jej syna.

To właśnie ona codziennie o świcie budzi Gennara, żeby wyprawić go na czas do sklepu spożywczego. Jej młodsza córka ma sześć lat, więc trzeba było dokonać wyboru: „Nie stać mnie na zakup książek dla nich obojga. Musiałam wybrać jedno albo drugie”. Na kuchennym stole leży „całotygodniowy chleb”, trzykilogramowa buła z żytniej mąki, która ma mdły smak, ale za to można ją długo przechowywać i kosztuje tylko pięć euro. Sztandarowy produkt z powojennych lat głodu we Włoszech.

Szkoła idzie w odstawkę

W Neapolu tysiące dzieci najęły się do pracy, Gennaro nie jest wyjątkiem. Jak wynika z zatrważającego raportu opublikowanego w październiku 2011 r. przez władze miejskie, w latach 2005–2009 w całej Kampanii – stolicą tego regionu jest właśnie Neapol – naliczono 54 tysiące dzieci, które przestały chodzić do szkoły; 38 proc. z nich miało podobno poniżej trzynastu lat.

Pracownicy w sklepach, kelnerzy w kawiarniach, dostawcy zatrudnieni na kilka godzin, praktykantki u fryzjera, pomocnicy w zakładach przemysłu skórzanego na prowincji albo w markowym sklepie z galanterią skórzaną, „ludzie do wszystkiego” na targowiskach… ‒ ci młodzi ludzie są wszędzie, pracując w biały dzień na oczach wszystkich, przy niemal zupełnej obojętności.

„To prawda, że zawsze byliśmy najbiedniejszym regionem we Włoszech. Ale czegoś takiego nie widziano tu od zakończenia drugiej wojny światowej”, mówi Sergio d’Angelo, zastępca burmistrza Neapolu. „W wieku dziesięciu lat te dzieciaki pracują już po dwanaście godzin dziennie, co jest istnym zaprzeczeniem prawa do rozwoju”. Ich rodzice żyją na bakier z prawem i opieka społeczna może w każdej chwili umieścić takie dziecko w rodzinie zastępczej.

Włoski kryzys odcisnął tu swoje piętno. Od 2008 r. kolejne ustawy finansowe narzuciły drastyczne plany oszczędnościowe. W czerwcu 2010 r. w Kampanii zlikwidowano odpowiednik francuskiego zasiłku RSA (dla najmniej zarabiających), pogrążając tym samym w nędzy ponad 130 tysięcy rodzin, które do niedawna go pobierały. Przeciętny dochód w regionie wynosił wówczas 633 euro na głowę mieszkańca, obecnie połowa mieszkańców ocenia, że ich sytuacja uległa pogorszeniu. „Młodzi ludzie na własnej skórze odczuwają koszty najgorszego kryzysu gospodarczego w epoce powojennej”, mówi Sergio d’Angelo.

Dywan Iqbala

W Neapolu dzieci z ubogich rodzin nie mają już niemal innego wyboru, jak tylko zaczepić się na studiach albo pracować na czarno. Trzecią możliwością jest dołączenie do szeregów kamorry, neapolitańskiej mafii. To właśnie tej trzeciej możliwości przeciwstawia trzydziestotrzyletni Giovanni Savino, wyspecjalizowany pedagog. Jego obszarem działalności jest jedna z najgorszych dzielnic w Naeapolu – Barra, prawdziwy narkotykowy supermarket, posępny obszar najeżony rozsypującymi się wieżowcami i pozostający pod wpływem klanów kamorry.

Co tydzień Giovanni Savino udaje się do gimnazjum Rodino, szkoły położonej na tym obszarze i ulokowanej w sercu blokowiska. Tutaj dilowanie trwa w najlepsze i połowa dzieci ma w roku ponad sto nieobecności. W świetle prawa już po sześćdziesięciu dniach nieobecności powinny zostać wydalone. Dyrektorka placówki Annunziata Martire wraz z pedagogiem prowadzą wyścig z czasem; raz w tygodniu wręcza mu ona listę wagarowiczów. Giovanni Savino ma dziesięć dni, aby znaleźć rozwiązanie, zanim opieka społeczna podejmie interwencję.

Najczęściej to właśnie on podejmuje się nakłonić je do ukończenia gimnazjum w trybie eksternistycznym, tak aby nie zabrano ich od bliskich i nie umieszczono w rodzinie zastępczej. Urzędnicy z magistratu nie odważą się już nawet zbliżyć do tych bloków i również niewielu wychowawców potrafi zapuścić się, wzorem Giovanniego Savino, w głąb dzielnicy Barra. Jego stowarzyszenie nosi nazwę Il Tappeto di Iqbal, „Dywan Iqbala”, od imienia pakistańskiego dziecka zmuszonego do niewolniczej pracy, które się zbuntowało i zostało zamordowane.

Giovanni Savino jest gniewnym człowiekiem, wściekłym na mafię, słabnący system edukacyjny i państwo, „które porzuca te dzieciaki”. We Włoszech nie ma urzędowego „okienka” opieki społecznej. Wsparcie dla młodzieży i rodzin zależy od energii 150 stowarzyszeń, które są uzależnione wyłącznie od dotacji z ratusza. Od wybuchu kryzysu fundusz opieki społecznej obcięto o 87 procent. Już od dwóch lat 20 tysięcy wychowawców z Kampanii nie otrzymuje wynagrodzeń i musi zaciągać długi… żeby pracować. Z braku finansowania Dywan Iqbala trzeba będzie zamknąć.

Uratowani przed najgorszym

A przecież Giovanni Savino wyrwał już dziesiątki dzieciaków z Barry z łap niezbyt sumiennych pracodawców albo mafijnych klanów, które pojawiają się tam, aby werbować swoich przyszłych żołnierzy. Carlo jest jednym z pierwszych uratowanych. W wieku trzynastu lat, jako dziecko-zabójca noszące już tatuaże, wymuszał haracze, kradł i był nożownikiem na zlecenie klanu Aprea. Cztery lata później Carlo stał się prawą ręką Giovanniego Savino i okazuje wobec niego niezachwianą lojalność: „On nie poprzestaje na tym, że pomoże ci uzyskać świadectwo ukończenia gimnazjum. On cię nie opuści. Uratował mi życie”.

Po Carlu był Marco, dwunastolatek uzależniony od kokainy i regularnie dokonujący kradzieży kieszonkowych. No i Ciro, świetny uczeń, który został kelnerem, aby ratować swoją rodzinę przyciśniętą do muru przez mafijnych lichwiarzy. O ostatnim z nich, jedenastoletnim Pasquale, Giovanni Savino mówi, że jest dla niego największym wyzwaniem. Kiedy dziewięć miesięcy temu pedagog wziął go pod swoje skrzydła, Pasquale rzucił już szkołę i przymierał głodem.

Aby pomóc swojej rodzinie, ten chłopak mający 1,30 metra wzrostu i piegowatą twarz, rozładowywał skrzynki w supermarkecie. Nocami wychodził kraść miedź na wysypiskach albo w magazynach Trenitalia. „Bierzesz kabel, przypalasz go, o tak, a potem przecinasz go, żeby zwinąć w kłębek”, mówi nie bez dumy w głosie.

Potem ogarnia go niepokój: „Ale nie powiesz mamie, że mam nóż, co?”. W dzielnicy Barra miedź i aluminium można sprzedać na czarno po 20 euro za kilogram. A nielegalny handel jest domeną dzieci. Gdy zapytać go, co chce robić w przyszłości, Pasquale nagle milknie. Potem wybucha płaczem: „Będę robić, co mogę”.

Tłumaczenie - Sławomir Szarejko

Factual or translation error? Tell us.