Euromity (8/10): Prostują banany dla twojego własnego dobra

1 sierpnia 2012
De Groene Amsterdammer Amsterdam

Często się mówi o tym, że UE sztywno reguluje w najdrobniejszych szczegółach, co się tylko da, od krzywizny ogórka po wielkość czekoladowych jajek. Ale czy rzeczywiście jest to bezużyteczne i uciążliwe? W swoim kolejnym artykule z cyklu o euromitach De Groene Amsterdammer wgłębia się w temat.

Idiotyczne regulacje, które wszystko niepotrzebnie komplikują firmom. Ludzie tak często się na nie skarżą, że Komisja Europejska stworzyła stronę internetową, na której odpiera prawie siedemdziesiąt tego typu zarzutów, znalezionych przede wszystkim w brytyjskiej prasie. Jest pełno przykładów. Jak długa może być drabina malarza? Jak duże może być słynne jajko czekoladowe „Kinder Niespodzianka”? Jaka jest dozwolona krzywizna banana? Czy Bruksela naprawdę musi tym wszystkim się zajmować?

Jeżeli chcemy mieć wolny rynek w Unii, to odpowiedź brzmi „tak”. Ramses Wessel, prawnik z Twente, przyznaje, że jest to paradoks, ale „czym bardziej rynek ma być wolny, tym więcej potrzeba regulacji”. Zgadza się z nim politolog Hendrik Vos z Ghent i dodaje, że „nie bez powodu UE reguluje to, co na pierwszy rzut oka wydaje się nieistotnym drobiazgiem”.

Weźmy na przykład „kinder niespodziankę”, która musi spełniać bardzo specyficzne normy: rozmiary czekoladowego jaja są dokładnie określone, a obie połówki wieczka muszą być opatrzone [od niedawna] w zawias. Dlaczego? Vos tłumaczy: „Kilka lat temu niemowlę w jednym z państw członkowskich zakrztusiło się zabawką z ‘kinder niespodzianki’. Niektóre państwa członkowskie chciały więc zupełnie zakazać ich sprzedaży, a inne były odmiennego zdania. W takiej sytuacji pojawia się problem, ponieważ rynek europejski jest tylko jeden”.

„Krytycy dzielą włos na czworo”

Wszystkie produkty muszą spełniać te same wymogi, w przeciwnym razie rynek nie jest konkurencyjny. Warunki są w szczególności restrykcyjne, jeżeli chodzi o rolnictwo. Każdy produkt ma instrukcję obsługi odnośnie tego, jak ma być hodowany; od nawozu po definicję „odpowiedniego ogórka” (nie może być krzywy).

Pim van Ballekom, były szef kancelarii Fritsa Bolkesteina, który miał do czynienia z tego typu regułami latami, przyznaje, że może to zabrzmieć dziwnie, jeżeli się nie zna kontekstu, ale te regulacje są naprawdę niezbędne, aby skutecznie zwalczać protekcjonizm państw członkowskich.

Weźmy przykład zaworów na bojlerach. Van Ballekom: „Pomyślałem najpierw: co za nonsens! Ale bez sprecyzowanych reguł dajesz pretekst państwu członkowskiemu na zamknięcie swojego rynku. Bez nich takie Włochy mogą domagać się bojlerów, które zawierają włoskie zawory”. Dzięki regulacjom mamy otwarty rynek i, według Nico Groenendijka, profesora w katedrze europejskiej polityki gospodarczej, są w ostateczności korzystne dla konsumenta.

Wykładający administrację publiczną Bernard Steunenberg: „Naturalnie, niektóre dziwne dyrektywy lub fragmenty dyrektyw się pojawiają, ale są to wyjątki. Krytycy dzielą włos na czworo”. Twierdzenie, że regulacji jest bardzo dużo, jest bezdyskusyjnie mitem – na przykład liczba europejskich decyzji wzrosła z 1300 do ponad 17000 w ciągu ostatnich trzydziestu lat, a liczba aktywnych dyrektyw zaledwie się potroiła. Bajką jest też to, że większość tych decyzji jest bezużyteczna.

Siódma część euromitów

Tłumaczenie - Frédéric Schneider

Factual or translation error? Tell us.