Kryzys w strefie euro: Jesień wszelkich zagrożeń

20 sierpnia 2012 – Público (Lizbona)

Jeżeli sierpień do tych najgorszych miesięcy, gdy chodzi o zadłużenie państw członkowskich – choć i to rzecz względna – nie należał, to mnożące sygnały zapowiadają „czarny wrzesień” dla euro. Nieufność panująca między krajami „cnotliwymi” a tymi najbardziej obciążonymi długiem osiąga taki poziom, że UE zbliża się coraz bardziej do katastrofy.

Dzięki wypowiedziom dwóch czołowych przywódców odpowiedzialnych za los wspólnej waluty, rynki zadłużenia zdołały zachować spokój w sierpniu. Pierwszym z nich był Mario Draghi, który, pod koniec lipca, oświadczył, iż EBC jest gotowy „zrobić wszystko, co niezbędne”, w celu zapewnienia dalszego istnienia euro. Otworzył tym samym perspektywę szeroko zakrojonej interwencji EBC na rynkach, aby oprocentowanie włoskich i hiszpańskich obligacji pozostało na satysfakcjonującym poziomie. Drugim z nich była kanclerz Niemiec, która rozwiała w zeszły czwartek wszelkie wątpliwości odnośnie poparcia dla gwarancji proponowanych przez prezesa EBC, które „w 100% się zgadzają” z jej koncepcją działań.

W takim razie, dlaczego przewiduje się, że tę najbliższą falę kryzysu euro przyjdzie nam nazwać „czarnym wrześniem”? Czy dlatego, ze Europa, od dwóch lat, zalicza „zwycięstwo” za „zwycięstwem”, czekając na kolejną porażkę? Czy dlatego, że za tym letnim spokojem kryją się poważne wątpliwości rynków dotyczące przyszłości wspólnej waluty? Tym dwóm pytaniom, na które fakty odpowiadają twierdząco, towarzyszą coraz bardziej niepokojące, a sierpień był wyjątkowo w nie obfity, sygnały. Oto Europa lada moment przegra polityczną batalię, tę, od której rzeczywiście będzie zależała jej przyszłość.

„Tupet” Junckera

Na początku tego miesiąca, w słynnym już wywiadzie udzielonym Spieglowi, Mario Monti wytłumaczył, jaka jest stawka. „Panujące w ostatnich latach napięcia w strefie euro są symptomatyczne dla pewnego rodzaju psychologicznego rozpadu Europy. (…) Jeżeli euro stanie się czynnikiem dezintegracji europejskiej, to będzie to oznaczało, że sam fundament idei europejskim legnie w gruzach”. Dalsze wydarzenia pokazały, że Mario Monti miał rację, dowodząc w niemalże naukowy sposób, iż nie tylko rynki powątpiewają w możliwość dalszego istnienia euro. Tak więc na przykład fiński minister spraw zagranicznych publicznie przyznał, że jego rząd ustanowił plan operacyjny na wypadek rozłamu unii walutowej. Szybkie zaprzeczenia ze strony rządu w Helsinkach, który zapewnił, że nie jest to jego oficjalna linia, niczego nie zmieniły. Finlandia zastanawia się teraz, czy powinna opuścić strefę euro. Różnica między nią a Niemcami jest taka, że tam można powiedzieć rzecz bardziej dobitnie, ponieważ konsekwencje przywrócenia waluty narodowej byłyby dla niej znacznie mniej bolesne.

Mimo wszystko i w Niemczech minister gospodarki pozwolił sobie na wygłoszenie opinii, że hipoteza wyjścia ze strefy euro nie jest już nie do pomyślenia. Znaczące postacie CDU-CSU wyraziły swoje oburzenie „tupetem” przewodniczącego eurogrupy Jean-Claude Junckera, który miał czelność oświadczyć, iż Berlin również jest odpowiedzialny za pogorszenie się sytuacji w strefie euro, zadając retoryczne pytanie: „Czyż euroland nie jest tylko filią Republiki Federalnej?”. Wystarczy rzucić okiem na pierwsze strony niemieckich gazet, aby zdać sobie sprawę z powagi „uprzedzeń”, o których mówił Mario Monti w Spieglu, i zagrożeń związanych z „rozpadem psychologicznym” Europy, przed którym przestrzegał. Wszystkie [gazety] mają chyba nadzieję na powrót „żelaznej kanclerz”. Wobec Grecji, która chce więcej czasu. Wobec EBC, który chce pomóc finansowo „oszukującym” krajom. Wobec Francji, która chce zapewnić komfort swoim emerytom kosztem niemieckich podatników.

W innych państwach Północy polityczny klimat jest zupełnie inny. Na Południu politycy zastanawiają się, jakie są granice cięć budżetowych, które by jeszcze nie zaprzeczały samej idei integracji europejskiej albo jaki może być stopień zaawansowania politycznego „upokorzenia” związanego z planem ratunkowym, będącego do zniesienia dla wyborców .

Dwie „deski ratunku”

Naturalnie, istnieją dwie „deski ratunku” wobec tego ryzyka przyspieszonego rozpadu politycznego Europy i najważniejsi unijni politycy i wyżsi urzędnicy się ich chwytają. Pierwszą jest sama Angela Merkel. Większość z nich jest przekonana o tym, że kanclerz ma pełną determinację do uratowania euro, ponieważ jest to w interesie Niemiec. Pozostaje jednak pewna wątpliwość. Do jakiego momentu kanclerz będzie w stanie pogodzić swoje dwa główne cele, jakimi są uratowanie euro oraz uchronienie Niemiec przed pojawieniem się partii nacjonalistycznej na wzór tych, które już zaistniały w Finlandii czy Holandii? Niektórzy komentatorzy uważają, że do perfekcji opanowała tę coraz trudniejszą sztukę. Inni uznają, że atmosfera polityczna w jej kraju powoduje, że nie ma już przestrzeni dla manewru i że będzie musiała poczekać do wrześniowych wyborów parlamentarnych, po których prawdopodobnie się zawiąże „wielka koalicja” z lewicowym SPD, a wtedy będzie mogła bardziej swobodnie rządzić. Druga deska ratunku, najbardziej oczywista, sprowadza się do zadania kluczowego, politycznego pytania, na które będą musiały odpowiedzieć europejskie rządy – a jeśli nie to, to co w zamian?

Problem Europy, który czyni wrzesień czasem krytycznym, jest następujący – stwierdzenie, w którym momencie „rozpad” kontynentu będzie zbyt zaawansowany, aby można było się z niego wycofać, jest niemożliwe. Albo, innymi słowy, stwierdzenie, jakie wydarzenie będzie punktem zwrotnym w europejskim kryzysie. Czy może nim być niekorzystny dla europejskiego mechanizmu stabilizacyjnego werdykt niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego, który padnie 12 września? A może wynik wyborów parlamentarnych w Holandii tego samego dnia? Czy coś zupełnie innego? Nie da się tego przewidzieć. Na tym polega niesamowite zagrożenie, przed którym stoi obecnie Europa. Wystarczy zastąpić słowo „uprzedzenie” wyrazem „nacjonalizm”.

Tłumaczenie - Frédéric Schneider

Factual or translation error? Tell us.