Debata: Strefa euro, która zdewaluowała Europę

11 września 2012 – Ta Nea (Ateny)

Od wielu miesięcy Grecy i Niemcy rozważają możliwość wyjścia Aten ze strefy euro. Z tej dyskusji można wyciągnąć wniosek, że bez wspólnej waluty nie ma Unii Europejskiej. Jest to postawa sprzyjająca podziałom i wzajemnej pogardzie, uważa grecki pisarz Petros Markaris.

A może tak spojrzelibyśmy z dystansem na przykrą rzeczywistość owych 11,88 mld euro oszczędności budżetowych (które rząd próbuje wynaleźć i uzyskać na nie aprobatę „trójki”), odkładając na bok także inne tematy. Takie jak popełnione błędy i brak systemu politycznego, jak nieludzki ciężar, pod którym ugina się społeczeństwo, jak cięcia i ofiary, których domaga się „trojka”, jak komentarze, analizy prasowe i uniwersyteckie, których napisano już tyle, że całkiem spowszedniały.

I gdybyśmy tak porozmawiali o istocie sprawy, o bycie, jakim jest wspólnota o nazwie „Europa”. Obawiam się, że my, Europejczycy, daliśmy się zarazić politykom i popełniliśmy ogromny błąd – wrzuciliśmy Europę i euro do tego samego worka. Ci, którzy śledzą uważnie bieżące wydarzenia, nie tylko greckie, ale również europejskie, mają wrażenie, zwłaszcza od początku kryzysu, że Europa bez euro nie istnieje. Do myślenia Europejczyków wdarło się niemal absolutne przekonanie, że kraj, który nie jest członkiem eurolandu, nie jest uważany za europejski.

Najbardziej uderzającym przykładem tego rodzaju myślenia są media greckie. W ostatnich kilku miesiącach śledzę na co dzień psychodramę z Niemcami, wyrzucą nas czy też pozostawią w strefie euro. Aż do wizyty greckiego premiera Antonisa Samarasa u pani Merkel (24 sierpnia) panowało ogólne przekonanie, że chcą się nas z tej strefy pozbyć. Obecnie mamy o wiele bardziej dla nas uspakajającą perspektywę – 50 do 50.

Dopóki trwała pierwsza faza psychodramy, strach nie ograniczał się jedynie do katastrofalnych konsekwencji, jakie miałaby taka decyzja dla greckiej gospodarki i życia obywateli, ale dotyczył on obaw, że staniemy się czymś w rodzaju państwa wykluczonego.

W zaklętym kręgu

Podobne jest myślenie Niemców, tylko sens jest odwrotny. Argumentacja obywateli niemieckich, którzy chcą nas wyprosić, nie dotyczy jedynie kwestii, że Grecja sobie w strefie euro nie radzi, ale chodzi jeszcze o to, aby ukarać ją za brak punktualności i skazać na pogardę albo przynajmniej skierować do obozu dla będących w kolizji z prawem.

A ja się tak zastanawiam, czy państwa należące do UE, ale pozostające poza strefą euro są też co do jednego pariasami Europy? Czy Wielka Brytania, Dania, Szwecja, Czechy, Węgry, Polska i pięć innych państw to kolonie karne? Niemcy, które zniszczyły dwukrotnie Europę, miałyby być bardziej europejskie niż Wielka Brytania, która ją tyle razy uratowała? Wielka Brytania ma być może bardzo wiele osobliwości, ale zawsze była obecna wtedy, gdy Europa jej potrzebowała.

Obawiam się, że znaleźliśmy się w jakimś zaklętym kręgu, z którego nie bardzo wiemy, jak się wydostać. Mówię to, ponieważ od samego początku kryzysu, rzadko czytałem w prasie europejskiej artykuły, które dotyczyłyby krajów nienależących do strefy euro, z wyjątkiem Wielkiej Brytanii. A w przypadku Wielkiej Brytanii zainteresowanie wywołane jest raczej komplikacjami, jakie polityka tego kraju stwarza w krajach wspólną walutę posiadających.

Żeby nie zostać źle zrozumianym, pragnę z góry wyjaśnić, że nie należę do tych, którzy opowiadają się za powrotem do drachmy. Nie mam też nic przeciwko temu, aby nadal wymieniać w euro, pod warunkiem, że euro będzie traktowane jedynie jako waluta, jedna z wielu, jako środek wymiany. Nie jest to kamień węgielny naszej egzystencji. Zjednoczona Europa istniała przed euro, nawet gdy tak się jeszcze nie nazywała. Różnica pomiędzy Europą przed euro i Europą czasu euro nie ogranicza się jedynie do waluty.

Wspólna waluta pożarła wspólny system wartości

Przed euro Europa była nie tylko wspólnotą gospodarczą. Była również urzeczywistnieniem marzeń ojców integracji europejskiej. Kraje zróżnicowane językowo, historycznie, kulturowo i pod względem tradycji chciały się skupić pod dachem wspólnych europejskich wartości.

Wystarczy przypomnieć, że kraje byłego bloku socjalistycznego nie przystąpiły do Europy jedynie dla wspólnego rynku i lepszych warunków życia, ale również dlatego, że przez 45 lat były pozbawione wspólnych dla całego kontynentu wartości i o nie właśnie się upominały. Ostatnią osobą, która się do nich odwoływała był Jacques Delors. Po nim debata wokół tego ambitnego projektu straciła na aktualności aż do wprowadzenia euro, i wspólna waluta ten wspólny system wartości pożarła.

Jedność UE zastąpiono jednością strefy euro. Żyjemy dziś w Europie, w której głos mają jedynie politycy i ekonomiści. To jest właśnie powód, dla którego debata nie jest zbyt głęboka – zresztą większość europejskich polityków w takiej istotnej dyskusji nie potrafiłaby uczestniczyć – a do tego jednowymiarowa, bo tak zwykli wypowiadać się ekonomiści. Brakuje szerokiego spojrzenia na Europę, ponieważ pisarze, artyści i intelektualiści na ten temat bardzo rzadko zabierają głos.

Nie mam dylematu – euro czy drachma. Ale zastanawia mnie inna kwestia – jaka Europa? Przed euro była Europa. Czy będzie Europa po euro, jeśli jutro się rozsypie się ono w proch?

Poczucie gniewu wobec bogatych krajów Europy

W Europie Środkowej i Północnej rozprzestrzenia się społeczny ruch sprzeciwu wobec dalszego finansowania zbędnych i rozrzutnych Europejczyków z Południa. Jesteśmy być może na nich źli, ale nie powinniśmy mieć do nich o to pretensji. Myślelibyśmy tak samo jak oni, gdybyśmy znaleźli się na ich miejscu, tak samo Hiszpanie, Włosi czy też Portugalczycy. Czy znacie kogoś bogatego, kto zechciałby podzielić się swoimi pieniędzmi z ubogimi?

W tym samym czasie w krajach Południa rozwija się poczucie gniewu wobec bogatych krajów Europy, rodzi się on wśród ludzi, którzy cierpią i widzą, jak prawie każdego dnia obniża się ich poziom życia. Nie jesteśmy sami. Takie samo poczucie mają Hiszpanie, Włosi i Portugalczycy. Nikt nie może ich za to winić i właśnie na tym polega problem. Ponieważ, jeśli euro się nie utrzyma, nie ma gwarancji, że po euro przetrwa Europa.

Będziemy mieli prawdopodobnie Europę podzieloną na dwie części, jedna z nich będzie oskarżała drugą o klęskę euro. Będziemy mieli Europę rozbitą na dwa nienawidzące się i pogardzające sobą obozy.

Nie twierdzę, że powinniśmy opuścić strefę wspólnego pieniądza. Ale trzeba ocenić, czy jest on wart tego, aby podzielić Europę na dwa nieprzyjazne sobie obozy. Czy jest aż tak ważny, byśmy pozwolili mu zniszczyć wszystko to, co budowaliśmy od 1957 r. w bardzo trudnych warunkach. Próbujemy dogonić liczby, a tracimy ludzi, na tym właśnie polega dramat. Mam nadzieję, że się mylę, ale zmierzamy w kierunku rywalizacji, która prowadzi do europejskiej wojny domowej.

Tłumaczenie - Joanna Boczkowska-Crettenand

Factual or translation error? Tell us.