Holandia: Imigranci ze Wchodu wkraczają na scenę

Próba przedstawienia „Moeland” w Zundert.
Próba przedstawienia „Moeland” w Zundert.
14 września 2012 – De Volkskrant (Amsterdam)

W Zundert obok siebie żyją Holendrzy i przybyli z krajów Europy Środkowej i Wschodniej pracownicy. I zupełnie się nie znają. Aby ich do siebie zbliżyć, aktorzy chcą odegrać sceny z ich życia.

„Chcemy pokazać, kim są tak naprawdę ci pracownicy przybyli do nas z krajów Europy Wschodniej”, wyjaśnia Peter Dictus, autor i reżyser przedstawienia, przygotowywanego w ogromnej i pustej szklarni ogrodniczej w Zundert (na południu Holandii) „To przecież tacy sami ludzie jak my, przybyli tu, bardzo licznie, aby osiedlić się, ale pozostała część miasta ich lekceważy i trzyma się od nich z daleka. Uważając ich jedynie za tanią siłę roboczą.

W sobotnie popołudnie trwa próba członków grupyHet Zunderts Toneel, przygotowują przedstawienie noszące tytuł „Moeland – Rijk van de Armen” („Ziemia Europy Środkowej i Wschodniej – królestwo biedy”. Ale tytuł tej sztuki to gra słów, gdyż słowo „moe” jest skrótem od nazwy Europa Środkowa i Wschodnia, i oznacza również „zmęczenie”, a więc tytuł mógłby brzmieć „Ziemia zmęczenia – królestwo biedy”). Ten spektakl będzie grany w szklarni przez trzy ostatnie weekendy września. Tancerze z dużą trudnością przemieszczają się po ziemi pokrytej czarnym piaskiem, niczym zbieracze truskawek.

W drugiej części szklarni, powtarza się monologi „negocjuję, kupuję, sprzedaję, wynajmuję” – recytuje jeden z aktorów. Gra w tej sztuce handlarza, wzbogacającego się na wynajmowaniu za lichwiarskie ceny zdewastowanych mieszkań i przyczep kempingowych imigrantom ze wschodniej Europy. „To mój mały wkład w życie tego społeczeństwa. Nie jestem złym facetem”.

Całkowity brak dialogu

Autor tekstu, Peter Dictus, także mieszkaniec Zundert, ma nadzieję, że właściciele szklarni (którzy dają pracę imigrantom) przyjdą licznie na ten spektakl „teatru dokumentalnego”. Wierzy, że później spojrzą inaczej na zjawisko imigracji zarobkowej. Jest to bowiem nie tylko historia ekonomiczna, ale także społeczna, pokazująca, do jakiego stopnia brakuje dialogu, nie mówiąc już o integracji.

Według danych Państwowego Biura Statystycznego CBS, Zundert jest najbardziej zaludnioną imigrantami zarobkowymi, napływającymi z krajów Europy Środkowej i Wschodniej, gminą w Holandii. Według danych, którymi dysponuje miasto, przebywa w niej około 2500 osób przybyłych stamtąd. To stanowi 12 proc. miejscowej ludności. Według innych obliczeń, jest ich nawet do 4 tys.

Nie można udawać, że ich tu nie ma, zarówno w sensie dosłownym jak i przenośnym”, zwraca uwagę Peter Dictus. „Mamy świadomość, że są, ale tak, jakbyśmy nie chcieli ich zobaczyć. Potrzebni są nam tak naprawdę jedynie na polach przy zbieraniu truskawek albo w szkółkach leśnych, ale ludzi w nich nie widzimy, lepiej, żeby żyli w ukryciu”.

To tylko siła robocza

Dziennikarz i fotograf Riet Pijnappels, który pochodzi również z Zundert, fotografował imigrantów w ich miejscu pracy oraz tam, gdzie mieszkają. Wystawa fotograficzna zostanie udostępniona publiczności w kaplicy dawnego Klasztoru św. Anny, pokazane zostaną na niej twarze polskich zbieraczy szparagów i litewskich zbieraczy truskawek. „ale tu uważani są oni jedynie za tanią siłę roboczą”, mówi Riet Pijnappels.

Większość Europejczyków ze Wschodu mieszka w ośrodkach wakacyjnych w Zundert. Na kempingu w Fort Oranje, dziesiątki przyczep w opłakanych stanie wypełnionych jest Polakami, Rumunami i Litwinami. „ I oni za nie płacą po 500 euro!”, oburza się Riet Pijnappels. „To jest czysty wyzysk. Ten aspekt życia należy również do historii emigracji”.

Peter Dictus dziwi się również, że życie tych dwóch społeczności może się toczyć tak całkiem równolegle. 2 września miała miejsce w Zindert słynna parada wozów przystrojonych kwiatami. Zgodnie z projektem, mającym zintegrować przyjezdnych z krajów Europy Środkowej i Wschodniej, zespół Het Zunderts Toneel zorganizował wyprawę rowerową dla około 70 imigrantów do miejsca, w którym strojono wozy kwiatami. „Na początku mieszkańcy Zundert i imigranci patrzyli na siebie jak oślepione reflektorami samochodu zające”.

Na niczyjej ziemi

Przyznaje jednak, że winę za to ponoszą również sami imigranci, z których większość nie ma zamiaru się zintegrować. „Znam grupę Rumunów, którzy pracują tu już od 12 lat u tego samego ogrodnika, przez 10 miesięcy w roku. Ale uważają się w dalszym ciągu za pracowników sezonowych. Przychodzą mi też na myśl Marokańczycy, którzy przybyli tu przed pięćdziesięcioma laty, aby czasowo pracować przy konserwach. Mieszkają tu nadal, w dzielnicy Zundert nazywanej potocznie „trudną”.

W sztuce teatralnej, pokazuje się „życie w nawiasach” tych, którzy przybyli tu z Europy Wschodniej. „Wyjechali z własnego kraju, ale nigdy nie dotarli do celu podróży. Żyją w jakimś no man’s landzie. Ich życie toczy się na placu parkingowym, czasem przez ponad 10 lat. A oni marzą, pracują i odkładają pieniądze na później”.

Tłumaczenie - Joanna Boczkowska-Crettenand

Factual or translation error? Tell us.