Włochy: Monti zbity z tropu przez „Cavaliere”

10 grudnia 2012
La Stampa Turyn

Zapowiedziana 7 grudnia dymisja premiera niepokoi Włochów i zagranicę. Ale cóż innego mógł zrobić technokratyczny rząd, który zmusił społeczeństwo do tylu wyrzeczeń, by postawić na nogi kraj, wobec próby wykorzystania przez Silvio Berlusconiego niezadowolenia Włochów?

Mario Monti zażyczył sobie dnia na refleksję, po czym zrobił gest, jedyny zgodny z jego osobowością, życiorysem i sposobem rządzenia – najpierw uchwalenie ustaw stabilizacyjnych, potem dymisja.

Nie tylko nie mógł pogodzić się z tym, że miota w jego stronę zarzuty człowiek, który pozostawił mu kraj w stanie upadku; nie zamierza nie tylko żebrać przez wiele tygodni o głosy w parlamencie przy każdym kroku ustawodawczym, ale nawet przejść choćby metr drogi ramię w ramię z ludźmi, którzy całą winę postanowili teraz zwalić na wspólną walutę. „Nie będę przed Europą krył tych, co wykrzykują antyeuropejskie hasła, nie chcę mieć z tym nic wspólnego”, powiedział jasno Monti prezydentowi, kiedy 8 grudnia informował go, że się wycofuje.

Jasny i prosty gest, który zmusza każdego do wzięcia odpowiedzialności za siebie i pozostawia Berlusconiego sam na sam z jego wygibasami i nagłymi zmianami decyzji. Nikt nie odbiera byłemu premierowi prawa do ponownego kandydowania (chociaż przez rok zarzekał się, że nie ma takiego zamiaru), ale nie można tolerować, by posiadacz „pakietu kontrolnego” większości wspierającej rząd techniczny – a zarazem premier, który pozostawił Włochy na skraju przepaści – pewnego pięknego ranka się obudził i postanowił, że już mu się odwidziało.

Nie można tolerować wskazywania na działania Montiego i widzenia w nich źródła wszelkich włoskich problemów, bez uznania, jak wiele pracy wykonał przez rok ten człowiek. Gabinet techniczny powstał w obliczu kompletnej niezdolności do rządzenia oraz głębokiej nieufności Włochów do systemu partyjnego. Miał służyć uporządkowaniu bilansu i przeprowadzeniu kraju do nowych wyborów. Pakt przewidywał, że każdy bierze na siebie swoją cząstkę odpowiedzialności (i utraty popularności), aby uchronić kraj przed krachem, bez uciekania się do populizmu i żerowania na społecznym niezadowoleniu.

Jakim prawem Alfano [szef partii Berlusconiego PDL] mógł w ogóle pomyśleć, że premier pociągnie dalej, skoro postawił mu faktyczne wotum nieufności w auli parlamentu? Po tym, jak dziś centroprawica zagroziła utrąceniem projektów ustaw, choćby tej o ograniczeniu liczby prowincji? Tylko stary polityczny wyjadacz gotów na wszelkie kompromisy udawałby, że nic się nie stało. Monti przyjął zaś do wiadomości i postanowił zwrócić klucze.

Tak więc po raz pierwszy w dziejach Republiki pójdziemy do głosowania w zimowych kurtkach, może nawet w pierwszej połowie lutego, jeśli szybko uchwali się ustawy stabilizacyjne, co pozwoliłoby rozwiązać parlament tuż przed świętami.

Przez dwanaście miesięcy próbowaliśmy wszystko robić porządnie i po kolei, ale właśnie powróciliśmy do stanu nadzwyczajnego, wstrząsani najgorszego rodzaju konwulsjami politycznymi. Po tych wszystkich wysiłkach i poświęceniach nie zasługiwaliśmy na to.

Najwyższa pora, aby Włochy stały się normalnym, przewidywalnym krajem, może nawet nudnym. Krajem, którego nie musielibyśmy się wstydzić, który może znaleźć się w europejskim gronie i być tam poważanym. Przez rok byliśmy tego coraz bliżsi.

Tłumaczenie - Paweł Bravo

Factual or translation error? Tell us.