Zygmunt Bauman o Europie i terroryzmie: Iluzoryczna wojna

30 kwietnia 2016
Social Europe Londyn

Walki z globalnym terroryzmem nie sposób wygrać za pomocą obecnej strategii, która polega na tym, że prowadzimy wojnę na oczach całego świata. Europa powinna wzmacniać najważniejsze wartości i zaproponować rozwiązanie problemu radykalizacji młodych ludzi w krajach, gdzie mieszkają, mówi polski socjolog.

Czyżby „serce Europy” stało się łatwym celem ataków, jak sugerowało wielu komentatorów, w tym Roger Cohen) – najbardziej poważany i popularny publicysta dziennika New York Times po niedawnych zamachach w Brukseli? A może powinniśmy potępiać i unikać symbolizmu tak cenionego przez terrorystów?

„Sercem”, które terroryści wybierają, biorą na cel i w które w końcu uderzają są miejsca pełne telewizyjnych kamer i dziennikarzy, zawsze żądnych nowej, szokującej sensacji gwarantującej przez kilka dni wysokie słupki oglądalności. Dziesięciokrotnie więcej ofiar zamordowanych gdzieś między Zwrotnikiem Raka a Koziorożca (są to kraje takie, jak Somalia, Jemen czy Mali) nie miałoby żadnej szansy na podobne nagłośnienie co ataki w Nowym Yorku, Madrycie, Paryżu czy Brukseli.

To w tych ostatnich miastach szept zamienia się w grzmot, a skromne wydatki – bilet lotniczy, kałasznikow, prymitywny ładunek wybuchowy zrobiony w domu oraz życie jednego czy garstki desperatów – przynoszą zwielokrotniony efekt w postaci niekończących się godzin darmowych relacji telewizyjnych, a przede wszystkim uruchamiają serię działań lokalnych polityków wymierzonych w system demokratycznych wartości, którego zasadniczo mają oni bronić, a terroryści starają się za wszelką cenę zniszczyć.

Na tym właśnie od samego początku zasadzała się strategia terrorystów, którzy – dysponując mocno ograniczonymi zasobami własnymi – sięgają po/mobilizują pozornie nieograniczone, ale w istocie łatwo wyczerpujące się środki swoich zadeklarowanych wrogów. Terroryści szybko nauczyli się przykuwać uwagę, nadawać rozgłos, a także maksymalizować korzyści płynące z siania strachu, przy wykorzystaniu jak najmniejszych nakładów, licząc na gorliwość, z jaką ich przeciwnicy, zmuszeni bądź dobrowolnie, zaczną postępować zgodnie z oczekiwaniami i według narzuconego im scenariusza.

Terrorystom udaje się (z naszą pomocą) doprowadzić do tego, że każda popełniona przez nich masakra odbija się szerokim echem w Unii Europejskiej. Ironią losu jest, że kolejne akty terrorystyczne jednoczą bardziej niż cokolwiek innego Unię, która w innych obszarach coraz bardziej pęka. Lęk i przeznaczanie coraz większych środków na budowę murów, utrzymywanie coraz liczniejszej armii służb bezpieczeństwa, podobnie jak na zarządzanie oraz instalację coraz droższych szpiegowskich gadżetów w próżnej nadziei, że pozwoli to zapobiec następnemu zamachowi terrorystycznemu, wpływa nie tylko na bezpośrednio zaatakowane miejsca, ale także odległe kraje Europy „drugiej prędkości”, których terroryści – po obliczeniu prawdopodobnej relacji kosztów do zamierzonych efektów – wcale nie mają zamiaru atakować.

Wbrew opinii Victora Orbána, że „wszyscy terroryści to imigranci”, niemal wszyscy z tych, którzy działają w Europie, wychowali się w jednym z jej krajów. Najbardziej przebiegli, sprytni i źli, którzy wymyślają, zarządzają i zamawiają kolejne akty terroru w domowym zaciszu gdzieś daleko stąd, rekrutują żołnierzy spośród najbardziej potrzebujących, dyskryminowanych, poniżanych, rozgoryczonych i zapiekłych w nienawiści młodych ludzi bez przyszłości. Dzieje się tak przy naszej bezpośredniej lub pośredniej pomocy, zamierzonej bądź wynikającej ze zwykłego zaniedbania.

Utrzymywanie ich w stanie deprawacji powoduje, że problemy domagające się podjęcia konkretnych działań społecznych, przeobrażają się w problem bezpieczeństwa wymagający rozwiązań wojskowych; jest to, być może, główny sposób, w jaki nasze władze współpracują z terrorystami. Stosując zasadę „oko za oko”, zamiast demonstrować wyższość moralną w połączeniu z radykalną, lecz długofalową strategią, poszerzamy jedynie poletko rekrutacji dla terrorystycznych dowódców, co ci skrzętnie wykorzystują.

Nie mogąc zaoferować swoim współwyznawcom sensownego życia (my nie chcemy tego zrobić lub nie robimy tego przez zaniedbanie), islamscy fundamentaliści proponują im najlepszą możliwą (aczkolwiek wątpliwą) alternatywę na podreperowanie ich zdeptanej godności i zaniżonej samooceny. Jest to konkretna propozycja. Wielu (nie zapominajmy jednak, że „wielu” to wciąż skromna mniejszość muzułmanów urodzonych i wychowanych w krajach europejskich) ulega tej pokusie, przekonawszy się, że inne drogi wiodące do godnej egzystencji są dla nich niedostępne.

Zbyt często w nagłówkach gazet, wypowiedziach komentatorów zapraszanych do telewizyjnych studiów oraz mowach najważniejszych polityków pojawia się stwierdzenie, że toczymy wojnę z terroryzmem. Ale „wojna z terroryzmem” to oksymoron. W odniesieniu do ostatniej serii zamachów terrorystycznych i naszych na nie odpowiedzi, większość, jeśli nie wszystkie, metafory odwołujące się do sztuki prowadzenia wojny są mylące i prowadzą nasze myśli na manowce. Ukrywają bowiem prawdę o istocie problemu, utrudniając jej zrozumienie. W każdym razie, stosowanie wojennej retoryki do wykorzenienia światowego terroryzmu jest skrajnie nieroztropne.

Większość wojen dzieli ich uczestników na zwycięzców i przegranych, na triumfatorów i pokonanych. Choćby z tego tylko powodu żadna ze stron (może za wyjątkiem producentów, sprzedawców i przemytników śmiercionośnych broni) nie może okazać się zwycięska. Globalny handel bronią – faktycznie bezkarny i kierujący się wyłącznie żądzą zysku handlarzy bronią oraz rządów oczekujących coraz wyższych słupków PKB – zamienił naszą planetę w pole minowe. Mamy świadomość, że każdy nieopatrzny ruch spowodować może eksplozję, nie sposób jednak przewidzieć, gdzie i kiedy dojdzie do wybuchu. Broń wykorzystywana do przestępczych celów jest powszechnie dostępna (a jak uczył nas Czechow, strzelba pojawiająca się w pierwszym akcie sztuki musi wypalić w trzecim).

W skali globalnej rozminowanie naszej planety nie jest raczej realistycznym rozwiązaniem, przynajmniej w dającej się przewidzieć przyszłości. Dużo bardziej realistyczna wydaje się próba rozwiązania problemu u jego źródeł, czyli pozbawienie sympatyków terroryzmu luksusu, jakim jest stale powiększająca się pula osób zmuszanych lub zachęcanych do wykorzystywania dostępnej broni w niecnych celach.

Jedynym (ale poważnym) powodem do obaw jest prawdopodobieństwo (małe miejmy nadzieję) odejścia Europy od własnego systemu wartości oraz przejęcia sposobu myślenia i wzorców zachowań terrorystów, co oznaczałoby samobójstwo ojczyzny prawdy, moralności i piękna, a także idei wolności, równości i braterstwa.

Factual or translation error? Tell us.