Zrozumieć Brexit: Demokratyczny bunt przeciwko głuchym elitom

10 lipca 2016
VoxEurop

Decyzja Brytyjczyków o opuszczeniu UE podjęta w referendum 23 czerwca jest, w gruncie rzeczy, ostrą krytyką „tłustych kotów”, którzy zawłaszczyli brytyjską gospodarkę oraz głównych partii politycznych „zaniedbujących kwestie imigracyjne”, pisze publicysta David Randall.

Aby zrozumieć, dlaczego Wielka Brytania zdecydowała się wyjść z UE, można cofnąć się 8,500 lat wstecz, gdy topniejące lody podniosły poziom mórz na tyle, by zalać nisko położone tereny łączące Anglię z kontynentem. Wówczas rozpoczęła się szorstka relacja Brytyjczyków z Europą, a także ewolucja towarzyszącej jej sceptycznej, niekiedy wrogiej, mentalności. Patrząc zatem z historycznego punktu widzenia, aberracją we wzajemnych stosunkach nie jest wynik ubiegłotygodniowego referendum, lecz trwający od 44 lat okres mało entuzjastycznego brytyjskiego członkostwa w UE, które plebiscyt ów zamyka.

Zabrzmi to jak typowo brytyjski izolacjonizm, ale owa odrębność, pewien dystans (który pogłębiają dwie napawające grozą fosy, jakimi są Morze Północne i Kanał La Manche zwany przez Anglików Kanałem Angielskim) to spoiwo historii Anglii oraz główny powód, dla którego wyspa przez 950 lat nie doświadczyła inwazji (potęga militarna to nie wszystko). Sposób myślenia ukształtowany za morskimi wałami i murami nadbrzeżnych fortów, pod osłoną białych, wysokich klifów [Dover] bywa czasami dziwny, agresywny, nieco cyniczny oraz zabarwiony ironią niepozwalającą traktować poważnie uniwersalnych ideologii czy wielkich projektów politycznych. To dlatego nawet najbardziej zagorzali euroentuzjaści podczas przedreferendalnej kampanii mówili tylko o tym, jak wyjście z Unii odbije się na poziomie życia, dostępności pracy i wysokości emerytur oraz cenach mieszkań. Żaden nie odwołał się – choćby nucąc Odę do Radości Beethovena – do ideału w pełni zintegrowanego jednolitego europejskiego państwa.

Poza kilkoma wielkomiejskimi enklawami (BBC, Guardian itp.), to „senne marzenie” eurofilów nie spotykało się ze zrozumieniem, a rozdźwięk między ową mocno nagłaśnianą wizją i zwykłym porozumieniem handlowym z EWG, pod którym w 1972 r. podpisała się Wielka Brytania, był mocno eksploatowany w kampanii sympatyków „Leave” (wyjścia z Unii). Wielu z nich domagało się, by Wlk. Brytania odzyskała kontrolę nad swoimi sprawami, a Morze Północne ponownie stało się barierą oddzielającą nas od eurokratów i ich niecnych czynów.

Ale obawy te nie odegrałyby większej roli, gdyby Gordon Brown wprowadził Wielką Brytanię do strefy euro (referendum nie byłoby możliwe w kraju posługującym się wspólną walutą), a w Partii Konserwatywnej Davida Camerona nie doszłoby do wewnętrznych tarć. Ugrupowanie to, mające w swoich szeregach sporą grupę eurosceptyków,od ponad roku było pod silną presją wynikającą z rosnącej popularności oraz sukcesów antyunijnej Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP).

W tej sytuacji premier David Cameron postanowił upiec dwie pieczenie na jednym rożnie, obiecując referendum. Potem – uderzając w dzwon zwycięstwa – udał się do Brukseli negocjować lepsze warunki brytyjskiego członkostwa w Unii. To, co otrzymał, było żałosne. Wrócił jak człowiek, który obiecał rodzinie żywność na tydzień, po czym przyniósł do domu nędzne okruchy. Jego zapewnienia o wiekopomnym sukcesie powitano pustym śmiechem. Wyborcy nie lubią, gdy bierze się ich za frajerów. Nie spodobało im się też to, że premier straszył wojną, gdyby mieli zagłosować za wyjściem z UE. Cameronowi wtórowały banki i wielkie koncerny, ostrzegając przed gospodarczą zapaścią, biblijnymi plagami i biedą, co okazało się fatalną taktyką.

Od czasu kryzysu finansowego z 2008 r., większość ludzi na wyspach (i na całym świecie, jak mniemam) przebierała nogami, by w jakiś sposób ukarać bankierów, finansistów i biznesmenów (dramatycznie przepłacanych i chronionych przed konsekwencjami własnej niekompetencji, a także czerpiących największe korzyści z zasilanej imigrantami niskopłacowej gospodarki). Zwykłe wybory sprowadzające się do rywalizacji dwóch głównych partii politycznych, nieskorych do tak brutalnych działań, pozbawiły ich tej szansy. Ale w referendum pojawiła się okazja dać kopniaka „tłustym kotom”. I nie została zmarnowana.

Ale brytyjskie członkostwo w Unii przetrwałoby mimo wszystko, gdyby nie kwestia imigracji. Kraj ma długą tradycję przyjmowania oraz asymilowania milionów obywateli Brytyjskiej Wspólnoty Narodów oraz ofiar religijnych czy politycznych represji. Jednak w ostatnich dekadach w zbyt krótkim czasie przybyło tu zbyt wielu imigrantów (oficjalnie od 1997r. na wyspy przybyło 5 mln migrantów, ale w rzeczywistości liczba ta jest znacznie wyższa), by można ich było łatwo zasymilować.

Służby publiczne nie dawały sobie rady z tą ludzką falą. Jednak wszelkie obawy, choćby o dostępność do służby zdrowia, mieszkań czy szkół, były przez większość mediów ignorowane lub oddalane jako przejawy rasizmu. Jako że główne partie polityczne także, przynajmniej do niedawna, nie kwapiły się, by pochylić się nad tymi problemami, nie mówiąc już o zrobieniu czegokolwiek, by je rozwiązać, w systemie politycznym zabrakło niszy, w którą można by skierować pretensje ludzi nieszczęśliwych z powodu tych głębokich przemian.

Tamy puściły podczas referendum. Unia została, słusznie bądź nie, skojarzona przez miliony wyborców z nieograniczoną imigracją, której końca nie było widać, zwłaszcza biorąc pod uwagę rozszerzeniowe plany Brukseli. Tylko referendum dawało więc możliwość wyartykułowania swoich uczuć. Uderzające jest to, że na obszarach, gdzie osiedliło się najwięcej imigrantów, trzech na czterech głosujących opowiedziało się za „Leave”.

Był to, bez względu na to, czy go pochwalamy czy nie, demokratyczny bunt 17 milionów robotników i przedstawicieli klasy średniej wymierzony w niereprezentatywną, zamkniętą we własnym kokonie elitę, która zbyt długo ignorowała obawy obywateli, uznając je za przejaw zwykłej ignorancji i upierającej się, że to ona wie wszystko najlepiej.

Translated by Maciej Zglinicki

Factual or translation error? Tell us.