Jak zmienić Europę (2): Dlaczego Unia nie daje sobie rady z kryzysem

21 lipca 2011
Spiked Londyn

Odizolowana od zwykłych obywateli, nienawykła do wymogów politycznego przywództwa unijna elita jest bezsilna wobec kryzysu w strefie euro. Nic dziwnego. A przecież, jak pisze socjolog Frank Furedi, ten kryzys może pogrzebać cały europejski projekt.

Zapaść wspólnej waluty sugeruje, że Unia Europejska może nie przetrwać wciąż rozszerzającego się kryzysu wywołanego przez narastający dług publiczny poszczególnych państw. A mimo to europejscy liderzy wciąż nie chcą wziąć na własne barki rozwiązania tego problemu. Nie podejmują żadnych konkretnych działań prowadzących do opanowania sytuacji.

Unijna elita unika obecnie odpowiedzialności. Oczywiście, podobnie robi wielu innych polityków, jednak w przypadku naszych eurokratów sztuka ta została opanowana do perfekcji.

Przez kilka ostatnich lat rozmawiałem wielokrotnie z ludźmi znającymi się na tajnikach brukselskiej polityki. Często słyszałem narzekania na temat brytyjskich eurosceptyków. Ale w czasie pierwszej fazy kryzysu euro niezadowolenie przeniosło się na Niemców. Ni stąd, ni zowąd okazało się, że to niemiecki unilateralizm jest nowym widmem krążącym nad klasą polityczną Unii. Dało się nawet słyszeć głosy, że oni umyślnie zamienili niewielkie gospodarcze trudności Europy w wielki kryzys. Po co? Ano po to, by zwiększyć i skonsolidować swoje wpływy na Starym Kontynencie.

Wkrótce wszystko znów się zmieniło. Po tym, jak agencje ratingowe dramatycznie obniżyły prognozy dla Portugalii, unijna zbiorowa mądrość wskazała kolejnych wrogów. Ich imiona to Moody's, Standard & Poor's i Fitch. Nagle to te trzy amerykańskie instytucje okazały się winne niecnemu spiskowaniu mającemu doprowadzić do zniszczenia Europy. Przewodniczący Komisji Europejskiej, Jose Barroso, błyskawicznie poprowadził natarcie w tej dość przygnębiającej wojnie. Oto potępił publicznie Moody's winiąc agencje za fatalne położenie Portugalii. Ogłosił, że werdykt firmy jest niesprawiedliwy i oparty na spekulacjach.

Barosso nie jest jedynym, który ucieka przed konfrontacją z obecnym kryzysem finansowym. Wtóruje mu większość europejskiego establishmentu. Ale robi to bez specjalnego przekonania.

Większość ludzi, z którymi rozmawiałem, przeczuwa, że Grecja to zaledwie początek. Stawką jest nie tyle wspólna waluta, co Unia Europejska jako całość. Podczas ostatnich pięciu lat odwiedzałem Brukselę regularnie, ale dopiero od niedawna moi rozmówcy wyrażają obawę, że obecny dołek to coś więcej niż tylko kryzys finansowy. Coraz częściej słyszę, że może to być koniec pewnej epoki.

Proces decyzyjny w Unii jest szczelnie odizolowany od świata

Od czasu mojej zeszłotygodniowej wizyty w unijnej stolicy, euro jeszcze bardziej opadło z sił na światowych rynkach. Włochy zdradzają dziś symptomy choroby portugalskiej, a może nawet greckiej. Ale najbardziej fascynujące jest coś innego: polityczny paraliż, który zawładnął przywódcami Wspólnoty. Jak zawsze, przywódcy bawią się w przerzucanie winy. Premier Włoch Silvio Berlusconi starł się publicznie z własnym ministrem finansów Giulio Tremontim. Panowie zgadzają się jednak co do jednego: winna wszystkiemu jest amerykańska agencja ratingowa, która wydobyła na światło dzienne fatalny stan, w jakim znajduje się włoska gospodarka.

Retoryka unijnych przywódców ujawnia ich niechęć do wzięcia odpowiedzialności, a spowodowana jest tym, że oni zdają sobie sprawę, iż brak im autorytetu i instrumentów, które pozwoliłyby na skuteczną walkę z kryzysem. Trzeba bowiem pamiętać, że Unia to technokratyczna instytucja, w której na porządku dziennym są żmudne negocjacje za zamkniętymi drzwiami.

Od czasu swego powstania Wspólnota była przedsięwzięciem zarządzanym przez elity menedżerskie. A ponieważ była taka, była też odporna na presję opinii publicznej. Decyzji nie podejmuje się tu po szeroko zakrojonej debacie. Większość unijnych przepisów powstaje w wyniku obrad setek tajemniczych grupek utworzonych przez Radę Unii Europejskiej. Sesje Rady Ministrów odbywają się za zamkniętymi drzwiami, a Komisja Europejska – na której skład obywatele nie mają wpływu – cieszy się monopolem na inicjatywę legislacyjną.

Najbardziej charakterystyczne jest to, że proces decyzyjny w Unii jest szczelnie odizolowany od świata. Przez dekady brukselski establishment budował tutejsze instytucje w taki sposób, by uchronić je przed koniecznością reagowania na presję ze strony obywateli, z którą zmagać się muszą parlamenty narodowe. Ten „niewidzialny proces decyzyjny” pozwolił wielu graczom, zarówno w Brukseli, jak i stolicach państw członkowskich, na odsunięcie od siebie odpowiedzialności za niepopularne decyzje. W efekcie politycy mogli być spokojni – nikt ich przecież nie rozliczał.

Negatywne konsekwencje deficytu demokracji

Pierwszym krokiem w walce z kryzysem wspólnej waluty powinno być takie zarządzanie, które bierze się z prawdziwego politycznego przywództwa. Czas wymaga, by nasi liderzy powiedzieli głośno, jak poważna jest sytuacja i aktywnie walczyli o poparcie dla tego, co trzeba zrobić, a więc zaaplikowania Europie bolesnych lekarstw, by ta odzyskała gospodarczą stabilność.

Zdecydowane polityczne przywództwo jest nie tylko pożądane. To konieczność. Jeśli nie uda się zdobyć zaufania poważnej części euroobywateli, przywrócenie finansowego porządku na Starym Kontynencie okaże się bardzo trudnym zadaniem. Niestety, unijny establishment nie jest dziś w stanie dać nam takiego przywództwa. Ludzie, którzy przyzwyczajeni zostali do zakulisowych rozgrywek, mają poważny problem z przestawieniem się na rolę przekonujących liderów.

Jak na ironię, nawet dziś wielu zakochanych w Unii ludzi odmawia uznania negatywnych konsekwencji deficytu demokracji, jaki panuje we Wspólnocie. Amartya Sen, zdobywca Nagrody Nobla w dziedzinie gospodarki, profesor Harvardu, oskarżył niedawno agencje ratingowe o to, że rzucają kłody pod nogi legalnie wybranym rządom. Sen wini je za podkopywanie demokratycznych tradycji Starego Kontynentu. Zdecydowanie sprzeciwia się niczym niezrównoważonej potędze tych firm wystawiających oceny i krytykuje ich kompetencje do wydawania jednostronnych instrukcji. Jak można się domyślać, jednostronne instrukcje płynące na co dzień z Brukseli już go tak nie oburzają.

Bez wątpienia agencje ratingowe dbają też o swoje interesy. Nie można powiedzieć, by były bardziej demokratyczne aniżeli sama Komisja Europejska. Ale przynajmniej sprawiły, że Unia musi zmierzyć się z rzeczywistością.

Factual or translation error? Tell us.