Europa Środkowa i Wschodnia:

Nieuczciwe obietnice

Presseurop
3 maja 2013

Redaktor kwartalnika New Eastern Europe Hayden Berry rozmawia z amerykańską pisarką i publicystką Anne Applebaum o tym, dlaczego pojęcie „Europa Wschodnia” straciło rację bytu.

HAYDEN BERRY: Co panią, Amerykankę, zainteresowało w Europie Środkowo-Wschodniej?

ANNE APPLEBAUM: Czytałam dużo rosyjskich książek, jak byłam nastolatką i doszłam do wniosku, że chciałabym móc je przeczytać w oryginale. Ale to było w latach 80. zeszłego wieku, w kulminacyjnym momencie „drugiej” zimnej wojny i Rosja stawała się interesująca również z innych względów – Związek Radziecki jawił się jako groźne i fascynujące miejsce. Skończyłam rusycystykę, spędziłam lato w Leningradzie i znalazłam się na Oksfordzie. Stamtąd zaczęłam podróżować po Europie Wschodniej.

A czy zawsze pani planowała napisanie „Żelaznej kurtyny” po opublikowaniu „Gułagu”?

Nie planowałam „Żelaznej kurtyny”, ale podczas pisania „Gułagu” zaczęłam się interesować tym, kim byli komuniści, dlaczego ludzie się z nimi zgadzali i dlaczego ich ideologia stała się tak atrakcyjna. Chciałam pojąć, jakie były podstawy instytucjonalne totalitaryzmu.

W „Żelaznej kurtynie” dowodzi pani, że, poza samą II wojną światową, punktem wyjścia dla Europy Wschodniej była konferencja jałtańska. Jak to spotkanie „Wielkiej Trójki” wpłynęło na ten region?

Jałta uzmysłowiła wszystkim, że ostatecznie Polska, Węgry i Czechosłowacja nie miały większego znaczenia dla zachodnich aliantów. Dla Franklina Roosevelta ważne były inne rzeczy, takie jak powstanie ONZ czy przyszłość Japonii i dlatego rozmawiał właśnie o tych sprawach ze Związkiem Radzieckim. Polska była drugorzędna. Jednak główną przyczyną tego, jak dalej potoczyły się wydarzenia, była okupacja regionu przez Armię Czerwoną. Zachód został postawiony przed faktem dokonanym, nie mógł już niczego zrobić. Z politycznego punktu widzenia rozpętanie nowego zbrojnego konfliktu, tuż po zakończeniu II wojny światowej, było nie do pomyślenia dla Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

Pisze pani, że pojęcie „Europy Wschodniej” zostało wymyślone przez zachodnich polityków i intelektualistów ze względów historycznych i politycznych, ale że nie ma ono geograficznego uzasadnienia. Na ile to pojęcie przeszkodziło Zachodowi w zniesieniu tych sztucznie stworzonych barier i w zbliżeniu z kulturami tego regionu? Słowem, na ile Zachód patrzy nań stereotypowo?

To zależy od tego, o którym okresie mówimy. W latach 50. XX w. te kraje rzeczywiście miały bardzo podobne systemy polityczne, więc traktowanie ich wówczas jako monolitu było uzasadnione. W tych państwach obowiązywał stalinowski system od 1945–1946 do 1956 r. i bardziej eklektyczny poststalinowski system w kolejnych dekadach aż po koniec lat 80. W tym sensie wszystkie kraje tego regionu nadal mają coś wspólnego – łączy je historia i podobne doświadczenia.

Oczywiście tych podobieństw już nie ma. Kraje należące do tego, co kiedyś nazywaliśmy Europą Wschodnią, różnią się teraz tak bardzo jak państwa Europy Zachodniej, albo nawet bardziej. Różnice między Polską a Albanią i Rumunią a Słowacją są na pewno równie wyraźne, co te między Anglią, Włochami i Grecją. Osobną kategorię tworzą byłe republiki radzieckie, takie jak Ukraina czy Białoruś, które były częścią Związku Radzieckiego przez 70 lat, a nie tylko satelitami Moskwy przez 40 lat. Wiążą się z tym zupełnie inne doświadczenia historyczne. Podział cywilizacyjny między Rosją, Ukrainą i Białorusią a Polską i Węgrami jest głęboki.

Piętnuje pani w „Żelaznej kurtynie” falę czystek etnicznych, mających miejsce po II wojnie światowej, które położyły kres wieloetnicznemu charakterowi regionu, przez co pozostała po nim tylko nostalgia. Na ile ta nostalgia napędza nacjonalizm?

To zależy od tego, co się rozumie przez słowa „nacjonalizm” i „nostalgia”. Są formy nacjonalizmu – nazwałabym je patriotyzmem – które są przydatne i zdrowe. Są też tacy, którzy budują swoją tożsamość na wrogości do znienawidzonego narodu lub na szukaniu różnic z narodem, do którego nie należą. Owszem, dla niektórych mieszkańców tego regionu, utrata części terytorium lub pamięć o zadawnionej krzywdzie jest czynnikiem motywującym każde działanie. Nie jest tak tylko tutaj, można się z tym spotkać na całym świecie.

Nie należy zatem generalizować. Mimo że Polacy stracili znaczącą część swojego terytorium w 1939 r., nie sądzę, aby współczesna Polska była szczególnie nacjonalistyczna. Istnieje pewna nostalgia za Wilnem i Lwowem, które należały do tego kraju przed wojną, ale nie dostrzegam masowych ruchów, żeby je odzyskać. Nie ma też zbiorowej nienawiści wobec Ukraińców. Nawet w Niemczech, gdzie wypędzeni odgrywali pewną rolę w polityce po wojnie, i to przez kilka dekad, domagając się zwrotu ziem i domów, ich wpływ na decyzje polityczne był minimalny. Konkludując, czy jest dużo emocji w relacjach między narodami w tym regionie? Tak. Czy uczyniły one Niemcy lub Polskę państwami zachwalającymi faszyzm? Nie.

W wywiadzie udzielonym BBC1 powiedziała pani, że „autorytaryzm prowadzi do własnej destrukcji”. Czy mogłaby pani rozwinąć tę myśl?

Miałam konkretnie na myśli totalitaryzm w radzieckim stylu, a w szczególności dwa jego aspekty. Po pierwsze władza próbowała wszystko kontrolować i upolityczniać. Upolityczniając zwykłe działania, społeczeństwo obywatelskie i różnego rodzaju stowarzyszenia, komuniści tworzyli sobie potencjalnych wrogów.

Po drugie, jako że władze przedstawiały świat takim, jaki powinien być, a nie jakim był, powstał dziwny rozdźwięk między rzeczywistością a propagandą. W pewnym momencie nawet partie komunistyczne przestały wierzyć w propagandę. System w końcu się załamał, ponieważ był bez sensu; opierał się na nieuczciwych obietnicach.

Czy ten problem dotyczy również obecnych reżimów autorytarnych?

Każdy rząd, który nie doszedł do władzy dzięki demokratycznym wyborom, musi znaleźć dla siebie legitymację poprzez inne metody. Dotyczy to m.in. współczesnych Chin, które nie są totalitarnym państwie w sensie stalinowskim czy maoistowskim: chińskie władze nie zmuszają już ludzi do udziału w pochodach lub do skandowania sloganów, w które nie wierzą, oraz nie próbują wszystkiego kontrolować. Niemniej chiński reżim ma następującą wspólną cechę z ZSRR – czerpie legitymację z obietnicy wysokiego wzrostu gospodarczego. Ale jeżeli gospodarka dostanie zadyszki, to dlaczego ludzie mieliby nadal go wspierać? Propaganda musi się odnosić do rzeczywistości.

A jeżeli chodzi o Rosję?

Jest tam bardzo podobnie. W Rosji Władimir Putin twierdzi: „jestem gwarantem jedności. Płacę wam na czas. I daję wam wzrost”. Jednak Putin przeprowadził tylko małą część tych reform, które obiecał, a wzrost jest chwiejny. Jest rzeczą oczywistą, że rosyjski rząd ma świadomość braku swojej legitymacji i że boi się wyzwań rzucanych przez społeczeństwo. Nie musiałby się rozprawiać z dziewczynami protestującymi w cerkwiach, gdyby wcale się ich nie bał. Dla reżimów, które nie mają pewności co do tego, czy zasługują na władzę, krytyka zawsze będzie problemem.

W jednej z recenzji „Żelaznej kurtyny” jest pani oskarżana o to, że pisząc książkę kierowała się [pani] względami „nie tylko akademickimi, ale również politycznymi” i że „jako prawicowa wojowniczka zimnej wojny chce [pani] wbić kolejny gwóźdź do trumny starej europejskiej i amerykańskiej lewicy, które mają jeszcze tendencję do szukania wymówek dla sowieckiego komunizmu”. Jak pani odpiera te zarzuty?

Naprawdę nie wydaje mi się, abym miała jakiś konkretny cel polityczny, pisząc tę książkę. Czy chcę wbić gwóźdź do trumny twierdzenia, że w komunizmie było coś dobrego i że był to tylko źle zrozumiany system? Owszem. Ale nie widzę, dlaczego miałoby to być prawicowe podejście w XXI w. Już dawno minął czas, kiedy bycie antykomunistą wiązało się z byciem prawicową „wojowniczką” zimnej wojny.

Anne Applebaum jest obecnie kierownikiem katedry im. Philippe’a Romana na London School of Economics i felietonistką Washington Post. A także laureatką Nagrody Pulitzera za „Gułag” (2003). Jej najnowsza książka „Żelazna kurtyna: zmiażdżenie Europy Wschodniej 1944-1956” ukazała się w roku ubiegłym.

Hayden Berry jest redaktorem kwartalnika New Eastern Europe.

Wywiad ukazał się pierwotnie w New Eastern Europe.