Test Bukaresztu

20 lipca 2012 – Presseurop

Co się dzieje w Rumunii? Gdy się patrzy z Brukseli i z większości stolic europejskich, wygląda to tak – rząd Victora Ponty nadużywa władzy, obstawiając swoimi ludźmi najwyższe stanowiska w parlamencie i w sądownictwie oraz próbując odsunąć prezydenta Traina Băsescu od wpływu na życie polityczne. Rumuńska prawica widzi wszystko inaczej – jest to (prawie) łagodny zamach stanu, który może prowadzić do dyktatury. Dla rumuńskiej lewicy zaś jest to zwyczajne przywrócenie równowagi sił, w którym traci prezydent, ponieważ robił dużo więcej, niż mu na to pozwalał sprawowany urząd i przeszkadzał Radzie Ministrów w rządzeniu.

Niezależnie od tego, ostatnie wydarzenia mają znaczenie wykraczające poza granice Rumunii. Jest tak, ponieważ to państwo liczy sobie 21 milionów mieszkańców, czyli jest to siódmy co do liczby ludności kraj w UE, ale i dlatego, że upadek Ceausescu uczynił go symbolem walki na rzecz demokracji w Europie. Jest tak, ponieważ w obecnych czasach kryzysu te wydarzenia jeszcze bardziej kładą się cieniem na i tak już czarny obraz kontynentu.

Często porównywano Rumunię do Węgier w ostatnich tygodniach. Ale, podczas gdy w Budapeszcie partia dysponująca miażdżącą większością parlamentarną przejęła wszystkie stery władzy, w Bukareszcie walka toczy się między dwoma obozami, których siły są równe. Fidesz premiera Viktora Orbána wprowadza program ideologiczny, a USL Ponty kieruje się przede wszystkim oportunizmem prowadzącym do władzy (politycznej i sądowniczej), którą może zdobyć. Poza tymi różnicami, rezultat jest jednak taki sam. Oto zasady demokracji przestały obowiązywać, co stanowi wyzwanie dla wartości, na których opiera się Unia Europejska.

Ta sytuacja jest porażką założenia z 2007 r., kiedy to przyjęto Rumunię do Unii, mimo opóźnień w tworzeniu solidnego państwa prawa, jaki już obowiązuje w innych europejskich krajach. Europejscy partnerzy Rumunii postawili na scenariusz, że wstąpienie do Wspólnoty, któremu miały towarzyszyć mechanizmy sprawdzające, wystarczy, aby zagwarantować przewidywane postępy. Niestety, UE jest teraz jakby zażenowana obecnością w swoich szeregach takiego „problemu”, a sami Rumuni nadal czują się Europejczykami drugiej kategorii, którzy nie zostali jeszcze przyjęci do strefy Schengen i którym notorycznie wytyka się niedoskonałości ich państwa w okresowych raportach. Jest to więc podwójna porażka, która wzmacnia obustronną nieufność i czyni ingerencję UE w obecny kryzys polityczny dość niezręczną. Dla Brukseli celem nie jest zajęcie stanowiska po jednej czy po drugiej stronie.

Rumuńskie elity polityczne należące do obu obozów najwyraźniej nie zaniechały postkomunistycznych praktyk związanych z autorytarnymi pokusami i z układzikami między światem polityki a światem biznesu. Ostrość języka niektórych rumuńskich gazet pokazuje zresztą, że interesy jednych i drugich są zagrożone i poza partiami politycznymi.

Jednakże Unia miała rację nalegając, że referendum 29 lipca, od którego zależy przyszłość prezydenta Băsescu, powinno się odbyć według jasnych zasad. Bo nie można zapominać, że rząd Ponty zastąpił poprzedni, popierany przez Băsescu, w maju ze względu na osłabienie, które wynikało z powtarzających się protestów wobec jego polityki gospodarczej i społecznej. Jest więc jeszcze jeden uczestnik tego kryzysu, którego głos jest kluczowy, mimo że go jeszcze nie wysłuchano – naród rumuński. Będzie rozstrzygał po raz pierwszy 29 lipca, a potem drugi raz podczas wyborów parlamentarnych przewidzianych na listopad.

Europa musi nadal być gwarantem odpowiedniego przebiegu wyborów i czuwać nad równowagą sił, jeżeli chce przyczynić się do rozwiązania tego kryzysu i pokazać, że potrafi bronić swoich wartości.

Factual or translation error? Tell us.